Przejrzystość przede wszystkim

Przejrzystość przede wszystkim 2005-12-29 

Marcin Brynda

 Przejrzystość przede wszystkim

W toczącej się ostatnio na NFA (i nie tylko) dyskusji o naprawie polskiej nauki, często pojawia się postulat przejrzystości, czy też ogólnie pojętej transparencji. Nie wdając się w polemikę z wieloma innymi propozycjami, które przedstawiane są na tym forum celem rozwiązania rodzimych problemów akademickich, przejrzystość wydaje się być jednym z najbardziej ważnych (jeśli nie najważniejszym) dezyderatów wskazywanych jako niezbędny warunek zdrowego funkcjonowania systemu polskiej nauki. Nie chodzi tu tylko o przejrzystość w zakresie publikacji naukowych konkretnych naukowców; chodzi także, a może przede wszystkim, o przejrzystość przyznawania grantów naukowych, przejrzystość organizowania konkursów na stanowiska akademickie, przejrzystość jakości zajęć dydaktycznych itd.. Analizując zasady takiej ogólnie pojętej przejrzystości na przykładzie dwóch odległych geograficznie, ale zbliżonych co do zasad funkcjonowania systemów naukowych, szwajcarskiego i amerykańskiego, warto jest wyciągnąć pewne wnioski, które mogą pomóc w wysiłkach podejmowanych celem uzdrowienia nauki w naszym kraju.

Przejrzystość publikacji naukowych

Ogólnie przyjętym standardem zewnętrznej przejrzystości jest, zarówno w Szwajcarii jak i w USA, zamieszczanie na stronach internetowych konkretnych profesorów, ilości opublikowanych publikacji naukowych; takie dane są często uzupełnione równoczesnym zaznaczeniem ogólnej liczby cytowań. Te informacje są w większości przypadków na bieżąco uaktualniane, tak aby np. studenci poszukujący miejsca na doktorat czy staż post-doktorski mogli, przynajmniej bardzo powierzchownie, ocenić dynamikę danej grupy naukowej. Jeśli przykładowo profesor X opublikował w ostatnim roku w danej dziedzinie 25 prac naukowych, a profesor Y tylko 4 prace, daje to już pewien obraz naukowych standardów jakie panują w danej grupie badawczej. Można sie oczywiście spierać czy dokonania naukowe profesora Y, który mógł opublikować tylko 4 prace, ale za to np. w bardzo prestiżowych wydawnictwach, są bardziej znaczące niż profesora X, który opublikował aż 25 prac, ale w wydawnictwach mało znaczących. Ale do oceny tego typu niuansów służą też umieszczane na stronach internetowych kompletne listy publikacji, z zaznaczeniem źródeł. Mogą to być np. listy najbardziej znaczących publikacji ułożone tematycznie albo listy publikacji z ostatniego roku lub semestru. Kolejnym, tym razem wewnętrznym standardem są publikowane przez konkretne departamenty, coroczne, kwantyfikowane listy publikacji, do których dostęp mają np. (w przypadku niektórych uczelni amerykańskich) tylko pracownicy departamentu, a w przypadku uczelni szwajcarskich, również osoby z poza uniwersytetu. Takie ilościowe listy publikacji, dają też szybką (bez potrzeby żmudnego ślęczenia nad przeszukiwarką baz danych, nie dla każdego zresztą dostępną) możliwość oceny jakości pracy kolegów z departamentu lub wydziału. W Polsce jeszcze nieczęsto spotyka się takie lokalne bazy danych na stronach internetowych uniwersytetów, czy konkretnych wydziałów. Oglądając ostatnio wyrywkowo strony internetowe polskich naukowców, daje się też zauważyć pewna patologia. Jest nią umieszczanie przez niektórych badaczy na listach swoich publikacji, artykułów, w których nie są oni autorami, ale jednym z autorów jest np. były doktorant albo student pracujący wcześniej w laboratorium umieszczającego taką listę. Jest to najzwyklejsza nieuczciwość i przywłaszczanie sobie naukowych dokonań kogoś innego, kto rozpoczął już swą własną, niezależną karierę naukową. Zasady publikacji jasno określają obligacje autorów pracy naukowej. Inna jest rola i kontrybucja głównego autora lub współautora, a zupełnie inna np. osoby, której udziela się tylko podziękowania za konkretnie wykonany pomiar lub obliczenie.

 Przejrzystość konkursów naukowych

Na temat organizacji naboru na pozycje naukowe w Polsce wiele już przelano atramentu na stronach NFA, warto więc przypomnieć jak wygląda analogiczny proces w Szwajcarii lub w USA. Konkursy na stanowiska samodzielnych pracowników naukowych lub profesorów są organizowane w sposób zupełnie jawny. Jawność jest obowiązkowym elementem takiej procedury od momentu podjęcia decyzji o otwarciu stanowiska, do momentu przyjęcia nowego pracownika. Podstawą organizacji konkursu jest selekcja jury, które jest generalnie dobierane w taki sposób, aby ścierały się w jego gronie różne interesy naukowe. Przykładowo na wydziale chemii, np. grupy badawcze związane z chemią organiczną delegują swoich przedstawicieli, którzy będą naciskali na poparcie kandydata o orientacji zbieżnej z interesami tej grupy, natomiast reprezentanci badaczy prowadzących badania w zakresie absorpcji optycznej, będą naciskali na przyjęcie kandydata specjalizującego się np. w spektroskopii laserowej. Taki konflikt interesów wbrew pozorom nie jest wcale zły dla uczelni. Wręcz odwrotnie, pomaga w doborze najlepszego kandydata, gdyż każdy aplikujący na stanowisko jest poddawany szczególnie krytycznej weryfikacji przez specjalistów z różnych dziedzin spokrewnionych z jego domeną badawczą. W USA wręcz standardem jest też konsultowanie osób spoza danej uczelni, a w szczególności byłych pracowników lub studentów ubiegającego się o pozycję kandydata. To daje możliwość oceny jakości jego kontaktów ze współpracownikami oraz przydatności do pracy zespołowej. Interesem każdego zatrudniającego departamentu jest aby potencjalny współpracownik mógł w przyszłości nie tylko dobrze prowadzić badania naukowe, ale także dbać o pomyślny rozwój danej placówki naukowej w harmonijnej współpracy z innymi jej pracownikami i administracją. Kolejnym etapem naboru jest organizowanie seminariów dla kandydatów na dane stanowisko naukowe w taki sposób, aby każdy (wstęp na takie seminaria jest otwarty) mógł osobiście ocenić każdego kandydata. Np. na uniwersytetach szwajcarskich jest zwyczajowo przyjęte organizowanie pięciu do dziesięciu seminariów skumulowanych na przestrzeni 2-3 dni, tak aby można było równolegle dokonać porównania przedstawiających swe programy naukowe kandydatów na to samo stanowisko. Oczywiście nawet takie reguły stawiające na pełną transparencję, nie chronią przed patologiami. Francja na przykład zmaga się od lat z plagą tzw. „ustawiania stanowisk”. Wśród francuskich doktorantów lub świeżo upieczonych doktorów ogólnie przyjętą zasadą jest, że nie składa się dokumentów w konkursach, w których startują lokalni kandydaci. W wielu przypadkach te konkursy są z góry przygotowane tak, aby przyjąć wcześniej umówionego kandydata z organizującego konkurs departamentu. Ale system francuski jest głęboko skomunizowany i jak pokazały nie tak dawne turbulencje, które przechodził, chyba nie stamtąd powinniśmy czerpać wzory.

 Przejrzystość funduszy

Większość profesorów w USA, umieszcza na swoich stronach internetowych lub w zamieszczonych na nich CV, informacje o wysokości grantów naukowych jakimi dysponują i jakie zdobyli na badania w ostatnich latach. W Szwajcarii ten obszar nauki jest jeszcze bardziej zinstytucjonalizowany. Każdy może wejść na stronę internetową agencji SNSF (Swiss National Science Foundation) i po wpisaniu nazwiska konkretnego badacza otrzyma wyczerpujące dane co do tytułu projektu, wypłaconej przez SNSF sumy oraz merytorycznego opisu objętych grantem badań. Co ciekawsze, nie dotyczy to tylko profesorów pracujących w Szwajcarii, ale także np. studentów i pracowników naukowych wyjeżdżających na zagraniczne stypendia finansowane przez SNSF. Ktoś może oczywiście przytoczyć argument, że np. w USA przyjmuje się tych profesorów, którzy przynoszą uniwersytetowi największa ilość pieniędzy z grantów (uczelnia przywłaszcza sobie często znaczącą część grantu na finansowanie swego funkcjonowania), ale ilość i jakość zdobytych grantów też jest niewątpliwym wykładnikiem naukowej jakości kandydata. Zresztą nie dyskusja nad tym zagadnieniem jest tu tematem najważniejszym. Chodzi o przejrzystość w sensie dostępności informacji o przyznanych funduszach, co zresztą każdy może również (dzięki przejrzystości dostępu do naukowych publikacji beneficjentów takich grantów) skorelować z osiągnięciami i naukowym dorobkiem opłacanego przez instytucję badacza.

Przejrzystość przydatności dydaktycznej

Informacje o dydaktycznej przydatności profesora są przygotowywane poprzez system zbierania danych o nauczycielach akademickich nie tylko na podstawie ilości i jakości ich publikacji, aktywności naukowej i tzw. globalnego „impact factor”, ale także przez ocenę samych studentów. W USA i w Szwajcarii, studenci oceniają nie tylko profesorów, ale również swoich asystentów i wykładowców poprzez corocznie rozprowadzane ankiety, w których punktuje się jakość wykładów, „dostępność” profesorów (tzn. dyspozycyjność względem studentów, którym przecież w pewnym sensie służą, w sferze możliwości zadawania pytań na temat wykładu), ich wysiłek celem zainteresowania studentów wykładanym tematem, itp.

Transparencja w rodzimej nauce

Ponieważ w Polsce przejrzystość naukowa jest jeszcze w powijakach, i nie zanosi się na to aby w tym temacie nastąpiły w najbliższym czasie jakieś rewolucyjne zmiany, może warto zastanowić się w ramach NFA nad jakąś społeczną inicjatywą, która pomogłaby w zmianie tej sytuacji. Jak zresztą pokazuje sama historia NFA, dzięki niezmożonej energii kilku zapaleńców (a raczej gwoli sprawiedliwości, jednego zapaleńca) tego typu inicjatywy oddolne nie tylko, że wywierają spory impakt społeczny, to w zasadzie jako jedyne mają szanse powodzenia. Jedną z takich potencjalnych inicjatyw może być np. idea podobna do tej jaka przyświecała powstaniu globalnej encyklopedii internetowej WIKIPEDIA. Założenie strony, którą mogliby edytować podłączający sie do niej internauci, pozwoliłoby na stworzenie nieodpłatnej, ogólnodostępnej bazy danych, w której pojawiałby się dorobek naukowy polskich naukowców. Ci naukowcy, którzy chcieliby umieścić tam swoje publikacje sami, mogliby to zrobić w ciągu kilku minut załączając np. tekstowy plik zawierający listę swoich naukowych artykułów. Dorobek naukowy tych, którzy z jakichś powodów go ukrywają, mogliby zamieszczać za nich (i co najważniejsze bez zgody samych zainteresowanych) inni z ich otoczenia. Oczywiście taka baza danych musiałaby mieć administratora, który dbałby o to aby umieszczane tam informacje ograniczały się tylko i wyłącznie do faktograficznie przedstawianego dorobku naukowego, a nie zawierały innych nieistotnych w temacie treści lub prywatnych dywagacji i ocen. Być może warto również zastanowić nad akcją promowania (np. w formie listów wysyłanych do uczelnianych dziekanatów i rektoratów) idei umieszczania naukowego dorobku profesorów na stronach internetowych uczelni. Takie inicjatywy mogłyby stać się inicjatorami szerszej akcji udostępniania dorobku naukowego polskiej społeczności akademickiej szerokiej rzeszy zainteresowanych. Na zakończenie chciałbym tylko dodać, że przedstawione tu propozycje są tylko swego rodzaju kanwą do szerszej dyskusji, która mam nadzieję zaowocuje dziesiątkami innych pomysłów na to jak zrobić aby naukowa transparencja stała się w Polsce normą. Do takiej dyskusji oraz mocy nowych pomysłów i inicjatyw w nadchodzącym roku 2006 serdecznie namawiam czytelników witryny NFA.

Marcin Brynda

Reklamy

System Trojana, czyli druga strona nauki polskiej

System Trojana, czyli druga strona nauki polskiej

2005-06-16

Józef Wieczorek

System Trojana, czyli druga strona nauki polskiej

O nauce polskiej należy pisać dobrze, albo wcale. Podobnie jak o zmarłych. Widocznie naukę polską traktuje się podobnie, i jest w tym sporo racji. Jej obecny stan to podobno skutek permanentnego ‚niedożywienia’ środkami finansowymi. Nie można temu zaprzeczyć. Ale jest też druga strona, nie mniej nieprzyjemna, odnosząca się do sfery moralnej. O tym można już pisać, ale tylko w kontekście pojedynczych przypadków, których jest jednak coraz więcej. Prowokuje to zatem do uogólnień, tak bardzo u nas nielubianych bo odsłaniających uwarunkowania systemowe.

Nie tak dawno środowisko akademickie ( i nie tylko akademickie) zostało zbulwersowane doniesieniami mediów, a w szczególności ‚Gazety Wyborczej’ (http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34471,2596673.html) o poczynaniach dr Jerzego Trojana – uważanego za wybitnego uczonego w zakresie badań nad rakiem.

Dr Jerzy Trojan pracujący od wielu lat we Francji ( INSERM) przez kilka ostatnich lat był także zatrudniony jako doktor w Collegium Medicum UJ ( Zakład Radioterapii Śródoperacyjnej i Chemioterapii kierowany przez prof. Tadeusza Popielę), a także był kierownikiem Katedry i Zakładu Genoterapii Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera w Bydgoszczy, jako profesor UMK w Toruniu.

Dr J. Trojan kierował w Polsce projektami badawczymi KBN nieźle finansowanymi jak na standardy polskie (300 tys). Jednocześnie aktywnie zdobywał spore kwoty za obietnice leczenia chorych na raka, którzy mimo uiszczania kilkunastu tysięcy umierali po krótkim czasie co było do przewidzenia. Zgodnie z obecnym stanem wiedzy medycznej byli nieuleczalnie chorzy i zabiegi medyczne dr J.Trojana nie były w stanie zapobiec ich zgonom.

Prace naukowe Dr J.Trojana są podobno wysoko oceniane, licznie cytowane, ale wysokie oceny prac i liczba cytowań nie przekładały się na skuteczność leczenia. Przekładały się co najwyżej na zasobność portfela Jerzego Trojana wyłudzającego pieniądze często od bardzo biednych ludzi.

Praktyki Jerzego Trojana, który podobno jest chory, przebywa za granicą i nie ma zamiaru wracać w najbliższym czasie do kraju, budzą poważne wątpliwości. Niektórzy uważają, że należy oddzielić jego wysoki poziom naukowy od poziomu etycznego. Jednakże bardziej zasadny jest pogląd, że oddzielanie nauki i etyki nie jest ani etyczne, ani naukowe.

Co wynika z baz danych

Jerzy Trojan w najważniejszych bazach ludzi nauki KBN figuruje jako dr hab. mimo że habilitacji nie ma, bo karierę robił nie u nas, tylko na Zachodzie. Widać, że nasze bazy danych o ludziach nauki nie są wiarygodne, tak jak i mało wiarygodna jest nauka polska. Jak niemal wszystko jest niejawne, a kontroli brak, skutki są takie jakie widać.

W osobliwym systemie nauki w Polsce najważniejsze w ocenie naukowców są stopnie i tytuły naukowe słabo skorelowane z dorobkiem naukowym, a czasami od niego niezależne. Stąd też niektórzy naukowcy dla dodania sobie powagi i autorytetu, no i zwiększenia siły przebicia, mają skłonności do posługiwania się tytułami, których nie posiadają. Gdyby ocena naukowców była merytoryczna, a nie tytularna, takie zabiegi nie miałyby racji bytu.

Obecnie polski doktor, choćby najlepszy, nie ma szans na zatrudnienie na stanowisku profesora jeśli nie ma habilitacji, więc wielu wybitnych naukowców profesorami w Polsce nie może zostać, a ci którzy z Polski wyjechali nie chcą wracać do kraju bo by zostali zdegradowani.

Jerzy Trojan nie został zdegradowany, bo się podawał za kogoś kim nie był, no i miał potężnych protektorów. Mimo, że J. Trojan w Collegium Medicum UJ , w zespole prof. T. Popieli, był tylko doktorem – kierował projektami badawczymi KBN.

Rzecz jednak ciekawa, że kierował projektami wtedy gdy prof. Popiela był przewodniczącym komisji przyznającej granty. To niemal standard w polskim systemie nauki wcale nie budzący wątpliwości natury etycznej, ale budzący nadzieje natury finansowej.

W pierwszej fazie istnienia KBN konkursy wygrywali na ogół członkowie komisji grantowych lub ich krewni i współpracownicy. Żeby uciąć ‚niegodne’ pomówienia o korupcyjność takich metod członkowie komisji na czas głosowania nad swoim projektem wychodzili za drzwi, a dopiero po powrocie na salę dowiadywali się, że wygrali. I tak rozwiązywano problem etyki utylitarnej. Opłacało się wychodzić, żeby po powrocie dołączyć do ‚najlepszych z najlepszych’.

System ten działał u nas sprawnie, chociaż jak zwykle były wyjątki, które potwierdzały regułę. Po protestach ‚niekompetentnych nieudaczników’ , którym nie udawało się wygrywać konkursów wprowadzono jednak ograniczenia i członkowie komisji konkursów wygrywać już nie mogli. Ale – Polak potrafi ! Przecież można wystawić do konkursu ‚konia ze stadniny’ członka komisji. Będzie zgodnie z prawem i z interesami członków komisji.

W przypadku J. Trojana sprawa chyba była jasna. Prof. Popiela nie mógłby wygrać projektu, bo był przewodniczącym, więc na kierownika projektu wystawiano dr J. Trojana, zatrudnionego u Prof. T. Popieli, który oczywiście konkurs wygrał.(http://www.kbn.gov.pl/finauki98/PBZ/lista_projektow.html) Pierwszy grant kierowany przez Jerzego Trojana ( wg bazy http://www.nauka-polska.pl/ Pooperacyjna terapia geno-komórkowa raka okrężnicy i pierwotnego raka wątroby przy zastosowaniu technik antysensu i trypleksu anty-IGF-I – wykonany w okresie 01.03.2001- 31.12.2003) był wysoko oceniony w KBN, ale trzeba pamiętać, że granty oceniają sami swoi i nikt niezależny ocenić tego nie może.

Wyniki grantów na ogół nie są jawne i tej niejawności KBN bronił niczym niepodległosci ! Z pojawiających się niekiedy w bazach danych rezultatów grantów jasno wynika, że przynajmniej część publikacji zostało przygotowanych wcześniej nim grant się zaczął ( tak było i w przypadku grantu J. Trojana). Skoro jakieś wyniki w postaci publikacji już były, więc przy dobrych układach można było wygrać grant na sfinansowanie tego co już zostało zrobione, z jakimś nowym dodatkiem w postaci ‚listka figowego’.

Koń trojański, czy standard w nauce polskiej ?

Przypadek dr J.Trojana bardzo dobrze odsłania słabości systemu nauki polskiej. Można go porównać do roli konia trojańskiego, który obnaża mankamenty systemów komputerowych dokonując spustoszenia w zainfekowanych komputerach podłączonych do internetu. Jeśli koń trojański przedostanie się do systemu komputerowego staramy się go jak najszybciej pozbyć. Ale tak się nie dzieje w systemie nauki polskiej.

O nieetycznych praktykach dr J.Trojana wiedziano od kilku lat i nic się nie działo – nie było żadnych działań zmierzających do usunięcia ‚konia trojańskiego’. Dopiero nagłośnienie sprawy przez media zmusiły władze akademickie do zajęcia się tym problemem. System nauki w Polsce samodzielnie nie reaguje na nieetyczne praktyki, mimo że mamy ‚Dobre Obyczaje w Nauce’ (http://www.us.edu.pl/uniwersytet/obyczaje/), zasady ‚Dobrej Praktyki Naukowej’http://www.kbn.gov.pl/etyka/praktyka.html na straży przestrzegania których stoją ogólnopolskie ciała etyczne m.in. Zespół do Spraw Etyki w Nauce MNiI (http://www.mnii.gov.pl/mnii/index.jsp?place=Menu08&news_cat_id=453&layout=2).

Niektóre uczelnie mają swoje własne kodeksy etyczne, komisje etyczne czy dyscyplinarne. Dodatkowo na uczelni, na której zatrudniony był J. Trojan opracowano Akademicki Kodeks Wartościhttp://www.uj.edu.pl/uniwersytet/wladze/kodeks.pdf do lojalnej akceptacji przez jej pracowników a Konferencja najbardziej szacownych Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) w ubiegłym roku ogłosiła walkę z patologiami http://www.krasp.org.pl/dok/dok/uchwala58.html 

Niestety w praktyce nie wygląda to najlepiej. Liczne afery uczelniane, z których tylko niektóre są ujawniane w mediach, nie budzą większego zainteresowania ani komisji etycznych, ani rektorów. Zdarza się, wcale nie tak rzadko, że i rektorzy są zamieszani w afery a mimo to pełnią funkcje rektorskie bez przeszkód i nadal są wybierani na kolejne kadencje. Natomiast ujawniający afery są obiektem ataków ze strony rzekomo walczących z patologiami decydentów nauki polskiej. Taki jest bowiem system nauki polskiej- przyjazny nieuczciwym, nieprzyjazny – uczciwym.

Trudno się oprzeć porównaniom sfery nauki do świata polityki. Afery z udziałem polityków, ich tajemnicze powiązania, ujawniane są często przez media a politycy nie cieszą się zaufaniem społecznym. Liczba ujawnianych afer, powiązań, rośnie wraz ze zbliżającymi się wyborami bo opozycja chce zająć miejsce dotychczasowych aferzystów i przejąć pałeczkę. Na ogół ją przejmuje wraz z nowymi aferami. Liczący się politycy posiadają jednak immunitet, który pozwala im uniknąć wielu przykrości mimo łamania prawa, ale trzeba pamiętać, że immunitet nie jest dożywotni.

Inaczej jest w środowisku akademickim posiadającym wielką autonomię, o której dalsze poszerzenie rektorzy walczą heroicznie. Nie bez przyczyny – im wyższa pozycja w hierarchii tym większa autonomia, a przy tym w praktyce dożywotnia. Opozycji akademickiej nie ma, a jak kto przekręt ujawni to zniknie ze środowiska. W przeciwieństwie do polityków rektorzy mają zaufanie społeczne i media rzadko ujawniają ich niegodne poczynania, więc nie zanosi się aby kryzys moralny środowiska akademickiego miał się ku końcowi, choć dla społeczeństwa nie jest mniej szkodliwy od kryzysu świata polityków.

Dr Trojan mutacją dr Elefanta ?

Kilka lat temu Paweł Huelle w książce ‚Mercedes -benz’, (wyd. Znak) opisał przypadek Dr Elefanta – wybitnego przestawiciela świata medycznego, który nieludzko zdzierał od chorych za swoje uslugi i był świetnie ubezpieczony na wszelkie okoliczności jako jednoczesny filantrop. Najlepiej to ilustruje fragment: ‚ludzie w rodzaju doktora Elefanta są w niej powszechnie szanowani, podaje im się rękę, gratuluje habilitacji, składa imieninowe życzenia, przesyła listy pełne szacunku, przydziela rektorskie nagrody, a wszystko to mimo powszechnej znajomości jego metod.- Mam nadzieję., że piekło go pochłonie – piekło – zaśmiała się z niedowierzaniem – tacy jak on są ubezpieczeni na wszystkie sposoby, czy pan wie, że doktor Elefant co dziesiątą operację wykonuje za darmo i nazywa to funduszem świętego Antoniego.

Opis nieetycznych działań dr Elefanta był tak sugestywny, że wzbudził zainteresowanie nawet prokuratury. Ta jednak wkrótce dała za wygraną, bo opis mógł się odnosić nie do konkretnego medyka, lecz do wielu o podobnych parametrach. Zdawano sobie sprawę z rozmiarów patologii ! ale nie podjęto działań na rzecz zmiany systemu, który by takie przypadki eliminował. Nie potrzeba było czekać wielu lat aby został zidentyfikowany już konkretny i opisany z imienia i nazwiska przypadek, który będzie można pełniej rozpoznać, zbadać i ewentualnie usunąć. Ale przecież nawet ewentualne usunięcie pojedynczego ‚wirusa’ nie spowoduje naprawy nauki polskiej !

Nauka w Polsce jest zawirusowana

Mamy coraz więcej użytkowników komputerów i internetu stąd może porównanie ze światem komputerów łatwiej wyjaśni problemy nauki polskiej, o której można mówić, że jest zawirusowana. Użytkownicy komputerów podłączonych do sieci internetowych wiedzą, że z wirusami trzeba walczyć – najlepiej systemowo. Systemy Windows 95 i 98 nie mają dobrych zabezpieczeń i łatwo je zawirusować, konie trojańskie łatwo wnikają do systemu.

Aby usunąć trojana, należy sprawdzić system przy pomocy uaktualnionego programu antywirusowego a następnie skasować wszystkie wykryte przez aplikację kopie. To sposób czasochłonny, wymagający pewnej znajmości rzeczy. Stosowanie tych systemów, bez dodatkowych instalacji, grozi narażeniem zasobów komputera na straty, a czasem na unieruchomienie systemu w wyniku ataku wirusów. Natomiast nowszy system – Windows XP ma zaporę ogniową (firewall), która ogranicza ataki z zewnątrz. System jest bardziej stabilny, bardziej odporny na zawirusowanie. Za jeszcze lepszy uważany jest system Linuxa, ale ten jest przeznaczony dla bardziej sprawnych informatycznie.

Można ocenić, że nauka polska jest raczej na poziomie systemu Windows 95 czy 98, w praktyce niemal bezbronna przed atakami coraz to nowych ‚wirusów’. Nie ma zapory ogniowej, która by spełniała rolę anioła stróża. Zainstalowane w nauce polskiej ‚programy antywirusowe’ w postaci zasad i kodeksów etycznych nie są skuteczne, gdyż wielu ‚wirusów’ nie są w stanie rozpoznać, a tym bardziej zliwidować. Zbombardowane wirusami komputery nie zawsze da się ponownie uruchomić – trzeba je oddawać do serwisu.

Do naprawy nauki polskiej do tej pory nie uruchomiono skutecznych serwisów. Komisje etyczne takimi serwisami nie są. Rzadko są skłonne do działań mających na celu rozpoznanie ‚wirusa’, nie mówiąc już o jego unieszkodliwieniu. Trzeba by zmienić system, tak aby nauka w Polsce była bardziej efektywna.

Na szybkie wprowadzenie systemu anglosaskiego w nauce nie jesteśmy jeszcze przygotowani – przynajmniej mentalnie, ale przestawienie się na system proponowany przez Komisję Europejską w ostatnio opracowanej Europejskiej Karcie Naukowca (http://europa.eu.int/eracareers/pdf/C(2005)576%20PL.pdf) byłoby już sporym krokiem w dobrym kierunku. Ta Karta wprowadza wiele rozwiązań systemowych, które winny skutkować ograniczeniem patologii. Są to m.in.: otwartość konkursów na obsadzanie etatów akademickich, jawność dorobku naukowego, mobilność kadr akademickich, rozwiązywanie problemów za pomocą mediatora akademickiego.

To trochę tak jakby nam zalecano przestawienie się z Systemu Windows 98 na Windows XP. Powinniśmy się tak przestawić, aby nie pozostać na peryferiach unijnych.

Józef Wieczorek

Tekst nie mógł się ukazać na ‚papierze’ m.in. w Forum Akademickim ale ukazał się bez cenzury w tygodniku Najwyższy Czas nr. 29-30, z datą 16-23 lipca 2005 r.)

 

Jak pisać o patologiach?

Jak pisać o patologiach?

2005-05-17

Waldemar Korczyński 

Jak pisać o patologiach? 

Odpowiedź wydaje się być oczywista. Konkretnie, otwarcie, odważnie (broni nas przecież prawo i „kodeksy etyczne” ludzi nauki i wyższej edukacji) i ze szczegółami. Niestety tylko pozornie tak jest, a diabeł tkwi, jak zwykle, w szczegółach. 

Sposób zalecany i powszechnie akceptowany 

Zacznijmy od tzw. drogi służbowej i dobrych obyczajów. Ta pierwsza nakazuje o nieprawidłowościach powiadamiać przełożonych, potem stosowne władze i ministerstwo. Następnie właściwe gremia doradcze i opiniujące, a potem dopiero mówić o wykrytym przekręcie czy nieprawidłowości publicznie. Najlepiej najpierw bez szczegółów personalnych i nazwisk, ale dobrze, jasno, scharakteryzować problem. Jeśli to możliwe wskazać naruszenia prawa czy explicite wyartykułowanych zasad. Należy tu wskazać konkretne przepisy, bo władza na ogół „nie potrafi” ich odszukać i stwierdza, że wszystko jest zgodne z prawem. Bywa też, że powiada, iż powołana jest do innych (wyższych?) celów i przekazuje rzecz dalej. Jeśli zrobi to odpowiednio zręcznie, to istnieje duża szansa na takie zapętlenie działań podnoszącego zarzuty buntowszczika, że straci on ochotę na dalsze działania. Pierwsze wystąpienia publiczne należy podpisywać pseudonimem, podlać wszystko sosem społecznej szkodliwości i uogólnić do tego stopnia, by jakiekolwiek odniesienia do konkretnych osób były ewidentnym nietaktem. Dopiero na końcu, po wyczerpaniu wszelkich innych możliwości podnosić sprawę publicznie z podawaniem nazwisk. 

Wersja uczelniana 

W przypadku przekrętów w normalnym, nie uregulowanym żadnymi ekstraordynatoryjnymi zasadami, życiu, o ewidentnych naruszeniach prawa czy nawet podejrzeniach naruszenia prawa należy, zgodnie z prawem, powiadomić prokuraturę, której obowiązkiem jest wyjaśnienie sprawy. W autonomicznych uczelniach rzecz nie jest tak jednoznaczna i „wynoszenie” spraw uczelnianych poza uczelnie traktowane jest co najmniej jako naruszenie zasad uczelnianego współżycia i dobrych obyczajów. Człowiek, który natknął się na przekręt staje tu wobec dylematu. Czy jestem najpierw obywatelem RP i naruszenie prawa winienem natychmiast zgłosić prokuraturze, czy też jestem przede wszystkim członkiem konkretnej społeczności akademickiej i winienem dążyć do załatwienia sprawy we własnym, uczelnianym, zakresie? A co mam zrobić, gdy przekręcającym jest osoba, pełniąca w uczelni funkcję, mająca możliwości „zatarcia śladów”, i tak ustawiona, że żadne władze akademickie nic jej nie zrobią? Można za to samemu oberwać. I to niekoniecznie za podjęcie działań. Można tez dostać po łbie za sam fakt, że się o przekretach wie, bo władzom może zależeć na dezawuowaniu ewentualnych niebezpiecznych wypowiedzi ZANIM się one pojawią. W silnie hierarchicznej strukturze nauki i szkolnictwa wyższego taki odkrywca przekrętów może być uziemiony zanim jeszcze publicznie otworzy usta. Wymóg przestrzegania drogi służbowej daje tu władzom czas na rozpoznanie sytuacji (facet musi ujawnić co wie) i podjęcie stosownych działań. Możliwości jest wiele. Można zręcznie doprowadzić do przedawnienia sprawy, można zniszczyć dowody, można poszantażować takiego typa np. zwolnieniem z pracy (gdy sprawa przyschnie i tak się go wywali, bo kto by trzymał faceta, który podnosi głowę), a jeśli wszystkie te możliwości zawiodą, dobrze jest gościa oczernić. Można np. powiedzieć, że to frustrat, który szuka odwetu za jakieś krzywdy, można przypisać mu najróżniejsze przewinienia czy wady charakteru (wszystko oczywiście poparte opiniami przełożonych), a jak już wszystko zawiedzie, to jeszcze zawsze można np. rozpuścić plotkę, że to psychol, albo drań jakiś okrutny, który nic tylko kombinuje jakby tu istniejący (najlepszy z możliwych oczywiście) system rozwalić i ułatwić awanse takim jak on miernotom. Dotknięty takimi działaniami nieszczęśnik może zrobić tylko jedno; przyznać się awansem hurtowo do wszystkiego, co mogą jego adwersarze wymyślić i dalej pytać o konkrety. Schemat wygląda tu następująco; „ja XY, drań, łotr i kanalia, przyznaję się do wszystkiego, co zarzuca mi Szanowna Władza dziś i co kiedykolwiek jeszcze będzie mi łaskawa zarzucić, w szczególności do wywołania wojny peloponeskiej i zatopienia Atlantydy, i pytam uprzejmie co fakt ten zmienia w podnoszonych przeze mnie pod adresem Szanownej Władzy zarzutach”. I to jest NAPRAWDĘ wszystko co może uczynić, bo przestrzegając „drogi służbowej” sam dał władzy możliwości ukręcenia sprawie łba i zaprosił ja do przeciwdziałania. A warto tu zauważyć, że oskarżenia pod adresem władz formułowane są tak, że pamięta się zwykle bardziej funkcję oskarżonego niż jego nazwisko. Co więcej, w (bardzo rzadkich) przypadkach, gdy „przekrety” są nie do ukrycia, konsekwencje ponosi nie konkretna osoba (chyba, że np. niewybranie na następną kadencję uznamy za karę), ale instytucja, forsę buli podatnik, a winny kpi sobie z głupka, który odważył się wychylić. Zupełnie inna jest sytuacja wychylającego się. Tu epitety kierowane są nie do stanowiska, ale do konkretnej osoby, która nie ma na ogół szans, by udowodnić, że nie jest wielbłądem. I będzie mu to pamiętane pod jego konkretnym nazwiskiem. A gdyby, Boże uchowaj, nie potrafił udowodnić jakiegoś, drobnego nawet, szczegółu podnoszonych zarzutów lub popełnił jakiś błąd formalny, to, jako szargający świętości, poniesie surową karę. Tak to wygląda, gdy jakiś frajer usiłuje brać serio „uświęcone tradycją” obyczaje akademickie. 


Sposób na bojownika (realistę) o dobro wspólne 

Inne postępowanie sugeruje doktor Wroński. Należy przekręt” dobrze udokumentować i natychmiast upublicznić ze wszystkimi znanymi szczegółami, w szczególności nazwiskami winnych i opisem ich roli w sprawie. Takie krótkie, dobrze wymierzone uderzenie. I koniecznie, od pierwszego sygnału, podpisywać publiczne wystąpienia własnym nazwiskiem. Zaskoczony „przekrętowicz” nie ma czasu na przygotowanie wykrętów, a równie zaskoczona władza musi podejmować decyzje w bardzo dla niej niewygodnym trybie jawności. Nie ma tu dużych szans ani na zmiękczanie faceta, ani na tworzenie „właściwego” klimatu sprawy. Ta metoda też ma, niestety, kilka poważnych wad. Po pierwsze najczęściej obrywają również ludzie niewinni, lub mało związani ze sprawą, bo pierwszą reakcją zaatakowanej władzy jest próba zwalenia winy na innych lub szantażowania nielojalnego „donosiciela” wyrządzeniem krzywdy jego kolegom, podwładnym lub bliskim. Po drugie wyciągający przekrety typ zostaje natychmiast posądzony o załatwianie osobistych porachunków, bo zwykle tkwi w sprawie po uszy (gdyby było inaczej, to pewnie nic by o niej nie wiedział). Tak po prostu funkcjonuje świadomość społeczna. I na to nie ma rady. Tu ciekawostka. Otóż w uzasadnieniu odmowy rozpatrzenia skargi na ewidentnie krzywdzące delikwenta, przestępcze w istocie, działania władz jednej z uczelni, właściwy do rozpatrzenia tej skargi organ orzekł, że skargi rozpatrywać nie będzie, bo skarżący jest w konflikcie z władzami tej uczelni. Konflikt powstał właśnie z powodu tych przestępczych działań, ale był oczywiście faktem. Gdyby skarżący miał pretensje do uczelni, z którą nie miał nic wspólnego, a najlepiej zupełnie jej nie znał, to sprawa byłaby pewnie rozpatrywana. Tylko po co, jeśli by jej nie było? Po trzecie ten tryb ujawniania nieprawidłowości ma się nijak do autonomii uczelni, bo jest ona zwykle rozumiana jako swoista hermetyzacja środowiska uczelni. I to jest PRAWDZIWA tradycja akademicka, której długo jeszcze żadne kodeksy ani oficjalne wypowiedzi nie zmienią. Po czwarte wreszcie upubliczniający przekręt człowiek musi być przekonanym, że władze w normalnym trybie sprawy nie załatwią. Nie wystarczą tu żadne podejrzenia ani wyrażane w prywatnych rozmowach poglądy. Trzeba mieć właśnie PRZEKONANIA. W wielu przypadkach nie chodzi nawet o odwagę ich głoszenia, ale o to, że nie nabiera się tego z dnia na dzień. To bywa długi, zwykle nieprzyjemny, proces, którego uwieńczeniem jest nie tylko przekonanie o tym, że władze tej konkretnej sprawy nie załatwią, ale również niewiara w to, że cokolwiek sensownego załatwią i dostrzeżenie faktu, że przez wiele lat było się przygłupem w końskich okularach, często szczeblem drabiny dla jakichś cwaniaków. Mało kto lubi widzieć takiego faceta w lustrze. A kto lubi pracować w atmosferze podejrzeń, że władza jest nieuczciwa? Jak pracować z przełożonym, któremu się nie ufa? To bardzo obciąża psychicznie i raczej pracy naukowej nie sprzyja. Ten sposób pisania o patologiach wymaga albo żelaznego charakteru, albo możliwości szybkiego (i chyba częstego) zmieniania pracy. Może to być również uzyskana np. w wyniku odziedziczenia miliona dolarów niezależność finansowa. 

No to jak pisać? 

Ja dziś dobrego sposobu nie widzę. Najlepiej byłoby, gdyby w ogóle nie trzeba było pisać, a przynajmniej nie tak często jak dziś. Ludzie piszą, bo nie znajdują żadnej innej drogi rozwiązywania konfliktów. Według mojej wiedzy nie ma w Polsce instytucji, która zajmowałaby się sprawami nieprawidłowości w uczelniach, a przynajmniej by to oficjalnie deklarowała. Jeśli się mylę, proszę o konstruktywną krytykę i wskazanie takiej instytucji. 

Tylko mediator, czy aż zapobiegacz? 

Myślę, że sygnalizowany przez doktora Wieczorka problem ustanowienia mediatora akademickiego jest znacznie pilniejszy niż się nam wszystkim wydaje. Taka instytucja (raczej nie pojedynczy człowiek) mogłaby nie tylko pomagać w rozwiązywaniu uczelnianych konfliktów, ale również, a może nawet głównie, zapobiegać powstawaniu sytuacji, w których żadna ze stron konfliktu dobrego wyjścia nie ma. Nie mam pojęcia jak powinien on być umocowany, ale wiem, że obecna sytuacja prowadzi w wielu miejscach do konfliktów, których można by uniknąć. Mam odczucie, że większość uczelnianego środowiska uważa, iż mediator taki byłby głównie rzecznikiem szeregowych pracowników przejmując tym samym rolę związków zawodowych. Ja myślę, że tak naprawdę, bardziej pomógłby on każdej rozsądnej władzy, bo zwiększanie globalnej sumy napięć w systemie na pewno nie leży w jej interesie. Jest jeszcze jeden ważny aspekt działania takiego mediatora. Otóż każdy podnoszący jakieś zarzuty człowiek musi liczyć się z tym, że nawet najbardziej „publiczna” sprawa stanie się z czasem jego sprawą OSOBISTĄ, bo argumentowanie „ad personam” stosowane jest przez wszystkie władze bardzo chętnie. W przypadku nauki jest ono łatwiejsze ze względu na wysoki społeczny autorytet (niektórzy mówią „etos”) elity nauki. Z drugiej strony upływ czasu i ogrom przetwarzanej codziennie informacji powoduje, iż taka jego, osobista już, sprawa zostaje przez potencjalnych sojuszników zapomniana, a on zostaje sam ze wszystkimi wygenerowanymi przez PUBLICZNĄ sprawę jego OSOBISTYMI problemami. Władza dobrze o tym wie i niekiedy nawet jakiemuś desperatowi o tym przypomina. Otóż mediator mógłby również monitorować załatwianie niektórych przynajmniej spraw i niedopuszczać do ich przewlekania. 

Pisać więc czy nie pisać? 

Póki co pisać chyba jednak trzeba, bo choć na ukaranie winnych szans raczej nie ma (można ich jednak publicznie piętnować), to może uda się coś w systemie naprawić. I to jest wszystko, co dziś możemy zrobić. Judymów rzeczywiście nie sieją, ale czy to właśnie my mamy się tego wstydzić?

Apel do apelowników nauki polskiej

Apel do apelowników nauki polskiej

2005-03-31

Józef Wieczorek 

Apel do apelowników nauki polskiej 

Apelowanie stało się pewnym stylem naszego życia publicznego. Na łamach dzienników, tygodników aż się roi od apeli. Apeluje się aby ludzie nie byli zbyt radykalni, aby lublili Unię Europejską, aby się moralnie prowadzili, no i generalnie aby byli lepsi niż są, i żeby budowali lepszy świat od tego który jest. Pod apelami czasem podpisów jest kilka, czasem kilkadziesiąt, a nawet więcej, Podpisy jednak często się powtarzają. Widać, że niektórzy lubią apelować stawiając się w sytuacji obywatela lepszego, bardziej rozumnego, bardziej odpowiedzialnego za losy kraju i ludzkości. 
Wykształcił się chyba swoisty cech apelowników, może jeszcze niezarejestrowany jako organizacja pożytku publicznego, ale rejestrowany w naszych mediach. Jaki jest jednak pożytek publiczny z tych apeli ? Trudno ocenić. Badań na ten temat nie ma. Nie zawsze jest oczywiste, że kierunek apelu jest właściwy. Czyż nie należałoby czasem zaapelować do apelujących, aby sami zwrócili uwagę na to, na co chcą zwracać uwagę pozostałej części obywateli? Apelujący zajmują niekiedy eksponowane stanowiska decydenckie i należą do odpowiadających za obecny kiepski stan rzeczy. 
Niektórzy apelują jakby w gorączce. Skoro nie byli obecni w apelu antyradykalnym, zaraz się w kilku jednoczą aby przygotowac apel moralny. Jak cisza apelowa trwa zbyt długo zaraz kombinują o co by jeszcze zaapelować aby o nich znowu media pisały i wyrażały zachwyty nad ich poziomem intelektualnym i moralnym, którego oczywiście podważać nie można. Apelant – osoba święta i krytyce nie podlega. Kto by skrytykował – to pieniacz, awanturnik, barbarzyńca w ogrodzie świątobliwych mężów ( a czasem i żon). 
Jak się porówna treść apeli i wypowiedzi poza-apelowe sygnatariuszy to jasno widać, że są one często sprzeczne. Tak jakby apelownikom chodziło tylko o zaistnienie medialne, natomiast treść tego zaistnienia jakby była nieistotna.

Apelujący o rzeczywiste reformy w życiu akademickim jednocześnie w wywiadach wyrażają zadowolenie, że wreszcie wejdzie w życie ustawa o szkolnictwie wyższym przeciwko uchwalaniu której apelowali. Są przeciw, a nawet za. A może nic nie rozumieją z tego co podpisywali (albo co mówią), a może tego nawet nie czytali ? Jak dotąd chyba, żaden ośrodek badania opinii publicznej nie przeprowadził badań wśród apelowników aby sprawdzić dlaczego oni tak naprawdę apelują. A apelują przecież intelektualiści, profesorowie, i to często na wielu stanowiskach. Ostatnio kilku uczonych nauki polskiej apelowało : Zwracamy się do naszych kolegów – do ludzi nauki, nauczycieli akademickich, pedagogów i wychowawców – o wdrażanie norm moralnych w praktykę życia codziennego. Zwracamy się do światłych Polaków z apelem, aby włączyli się w życie publiczne kraju’. 
Wśród sygnatariuszy bez trudno jednak można odnaleźć tych, którzy na ogół są głusi na swe apele. Czy ktoś kto heroicznie walczy o autonomię względem prawa, o wykluczanie z publicznego życia akademickiego im niewygodnych, o nieujawnianie prawdy w tajnych teczkach akademickich zabezpieczonych – jest wiarygodnym wojownikiem o respektowanie norm moralnych ? Apelujący o dobre obyczaje w nauce nie mają zamiaru w najmniejszym stopniu dobrych obyczajów respektować a nawet dyskredytują tych, którzy ich apele wzięli na serio i usiłują walczyć z patologiami akademickimi. Los tych, którzy potraktowali apelowników jako autorytety moralne nie jest do pozazdroszczenia. Apele te bowiem przypominają apele Największego Językoznawcy o walkę o pokój, której to walki pokojowo nastawieni mieszkańcy tej ziemi nie mieli wielkich szans aby przetrwać. Hipokryzja apelowników często ma wymiary wręcz kosmiczne. 
Zwracam się zatem z apelem do apelowników aby przestali wreszcie apelować i sami zaczęli się stosować do elementarnych zasad przyzwoitości w życiu społecznym. Mam jednak świadomość, że ten apel to głos wołającego na puszczy zasiedlonej przez lwy gotowe do rozszarpania każdego kto im nie okaże szacunku przynależnego królom. 

Uroki olimpiady biologicznej

Uroki olimpiady biologicznej

2005-03-18

Maciej Panczykowski

Uroki olimpiady biologicznej

WSTĘP

W niniejszym artykule stawiam tezę mówiącą, że wszystkie stanowiska kierownicze w nauce powinny być kadencyjne (niedożywotnie), a po upływie kadencji kierownik powinien być rozliczany z osiągnięć swego zespołu i od wyniku tego rozliczenia powinna zależeć dalsza jego kariera.
Uważam również (i to stanowi treść mojej drugiej tezy), że w każdym podsystemie społecznym, w którym znajduje się osoba o nim decydująca, musi istnieć system regulacji zwrotnej decydenta przez podwładnych. W przeciwnym razie dochodzi do osobliwej sytuacji, w których A działa na B, a B nie działa na A, czyli jeden może wszystko, a reszta jest zdana zupełnie na niego i nie może nic.
Co zrobić, jeśli ten jeden jest ograniczony, głupi, egoistyczny i podejmuje decyzje korzystne tylko dla siebie i niekorzystne dla swego zespołu czy nawet całego społeczeństwa, dla którego zespół pracuje? Męczyć się? Dawać za wygraną i rezygnować ze swoich ideałów?
Myśląc realistycznie: nie należy naiwnie liczyć, że kierownik będzie miał zdolność samoograniczenia się wynikłą z jego wysokiego poziomu. Mówiąc realistycznie: takie jednostki się zdarzają, ale stanowią margines.
A zatem, jeśli chce się osiągnąć pozytywny skutek masowo, to niewątpliwie trzeba opracować takie rozwiązania prawne, które wymuszą działanie zewnętrznego mechanizmu regulującego „górę”.
Chciałbym tu zaznaczyć, że dostrzegam, iż moje dwie tezy mają ze sobą wyraźny związek. Niewątpliwie, osoba, która co pewien czas jest rozliczana ze swojego „szefowania”, będzie dbać o swój zespół, bo będzie to pośrednio w interesie jej samej. A więc i powodów do zwrotnej kontroli przez „dół” jest w przypadku takiego rozwiązania mniej.

Swoje tezy chciałbym udowodnić klinicznym przykładem, który pokazuje, co się dzieje, gdy kierownik obejmuje stanowisko dożywotnio, a jego podwładni nie mają nic do gadania. Przedstawię sytuację zaistniałą w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Biologicznej dla szkół licealnych, dla której pracowałem jako osoba od spraw merytorycznych (pisanie pytań). Moim szefem był pewien profesor Uniwersytetu Warszawskiego, który pełni tę funkcję na czas nieograniczony i praktycznie nie jest regulowany przez nikogo.

CYRK JEDNEGO KLAUNA 

Jako osoba nieumiejąca rozpychać się łokciami dostałem posadę sekretarza naukowego Olimpiady Biologicznej tylko dlatego, że wymagała ona szerokiej wiedzy i była słabo płatna (700 zł miesięcznie). 
To bardzo dziwne, że osoba, która pisze pytania dla uczniów z całej Polski tak mało zarabia, ale jak widać, szef do tej pory nie zdołał zadbać o dobrą pensję dla swojego strategicznego podwładnego. Zawsze liczył na to, że znajdzie się ktoś, kto będzie chciał sobie tylko dorobić 700 zł. Osoba, która dorabia nie jest skupiona tylko na olimpiadzie, co na pewno odbija się na poziomie merytorycznym tej ostatniej. 
Kiedy przyjechałem do Warszawy, by objąć stanowisko w Olimpiadzie Biologicznej (OB), to dowiedziałem się, że OB nie dysponuje żadnym darmowym lub tanim lokalem, w którym mógłbym zamieszkać. Tułałem się więc od znajomych do znajomych, ale to nie mogło trwać wiecznie. Musiałem w końcu wynająć mieszkanie, a najtańsze kosztowało wtedy w Warszawie 850 zł. Jako, że OB oferowała mi za ciężką i odpowiedzialną pracę 700 zł, to ja też zmuszony byłem dorabiać. W przeciągu 2 lat mojej pracy dla OB musiałem zmienić mieszkanie 5 razy. Nie było nikogo, komu mógłbym zgłosić swoją śmieszną sytuację finansową, a sam szef mówił, że nie ma więcej pieniędzy. Prawda była taka, że księgowa OB pieniądze miała, ale była dziwnie oszczędna. Pamiętam, że nawet o pieniądze na nagrody dla olimpijczyków musiałem z nią negocjować, a przecież te pieniądze i tak musiały być wydane. Księgowa nie potrafiła w ogóle współpracować w grupie, więc nadawała się do zwolnienia. Szef OB nie chciał jej jednak zwolnić, bo jako zdegenerowany, ale doświadczony praktyk socjologiczny wiedział, że przyjęcie nowej wiązałoby się z wysiłkiem wciągania jej w tajniki OB, a tego robić mu się nie chciało. 
Dziwna sytuacja finansowa OB, trwała zatem stabilnie, bo to co było w interesie zespołu, nie było w interesie szefa. 
Pewnego dnia szef miał kaprys, aby powstała strona internetowa OB. Nie było jednak pieniędzy, aby wysłać mnie na kurs robienia stron internetowych lub na książkę dla mnie. Ostatecznie zrobiłem stronę w prostej technice i prowadziłem ją z pasją przez 1,5 roku. Po długich pertraktacjach dostałem za te 1,5 roku 1000 złotych. 
Wyjazdy na Międzynarodowe Olimpiady Biologiczne (MOB) były dla szefa wielką frajdą. Jako praktyk socjologiczny jeździł tylko na szeroko pojęty „Zachód” i tylko z ludźmi z „Zachodu” podczas MOB pokazywał się, co było niesympatyczne, bo biologia to nie polityka. Pewnego razu wpadł na pomysł, że MOB powinna dla wszystkich odbywać się w języku angielskim. Po prostu nie chciało mu się tłumaczyć tekstów angielskich (oficjalnych) na język naszych Olimpijczyków. I znów ich interes był mniej ważny niż jego osobisty komfort. 

Po 2 latach żywienia się w tanich barach i życia w stresie wynikającym z odpowiedzialności, jaka tylko na mnie spoczywała (nikt nie chciał merytorycznie współpracować, bo pieniądze były śmieszne, a liczba krytykantów była zawsze tym większa, im mniejsza była liczba współpracowników) moje zdrowie było w strzępach. 
Szef właściwie nic nie robił, tylko szefował i od czasu do czasu miał kaprysy, które trzeba było realizować, najlepiej za darmo. Olimpijczycy coraz bardziej zwracali się w moim kierunku, bo doceniali pisanie pytań, a przede wszystkich stronę internetową, którą dla nich zrobiłem i często aktualizowałem. Entuzjazm i zainteresowanie olimpijczyków nie był źródłem radości dla szefa, lecz frustracji, bo siłą rzeczy znalazł się on na drugim planie. 
A więc w nagrodę za komputeryzację OB, stronę www i 2 lata intensywnej pracy zostałem zwolniony, choć z wszystkich obowiązków wywiązywałem się. Jeszcze na dodatek usłyszałem, że ewentualna sprawa w sądzie pracy będzie mnie dużo kosztować. Szef wiedział, że mam mało pieniędzy, więc może dlatego, mówiąc to, cynicznie się uśmiechał. Jednym słowem „Murzyn zrobił swoje i może odejść”. 

ZAKOŃCZENIE 

Myślę, że gdyby szef OB był rozliczany z dokonań swego zespołu i miał świadomość, że podwładni nie są bezbronni, to decyzje, jakie odnośnie nich podejmował i warunki, jakie im stwarzał byłyby daleko lepsze. Niestety, w tym chorym systemie, w jakim tkwi OB, interes pracowników i olimpijczyków nie ma szans wygrać z egoizmem jednostki. 

Maciej Panczykowski 
Katowice, 2005.03.17 

Inna prawda o uczelniach

Inna prawda o uczelniach

2004-12-13

Józef Wieczorek 

INNA PRAWDA O UCZELNIACH 

W Polsce upadają przedsiębiorstwa, ale uczelnie państwowe i niepaństwowe rosną jak grzyby po deszczu. W gospodarce kryzys, w edukacji rozwój – rośniemy w siłę mimo, że nie żyjemy dostatniej. 
Na rok 2003 MENiS wykazuje istnienie 380 uczelni wyższych, państwowych i niepaństwowych, które zatrudniają podobno ponad 70 tys. nauczycieli akademickich, a kształcą 1,8 mln młodzieży. Ilość to imponująca. Ale co z jakością? Jak ją mierzyć? Czy wzrost ilości szkół i ilości wydawanych dyplomów naprawdę oznacza rozwój edukacyjny ? 

AKREDYTACJA BEZ INFORMACJI 

Aby ocenić uczelnie, kierunki studiów powołano 28 grudnia 2001 Państwową Komisję Akredytacyjną umocowaną przy Ministerstwie Edukacji i Sportu. Niewiele o niej wiadomo bo nie ma własnej strony internetowej ani nawet własnego e-maila, stąd kontakt z tą instytucją nie jest łatwy. Pisze się o PKA co jakiś czas kiedy ogłasza ile to kierunków uprawniono a ile zawieszono w procesie wydawania dyplomów. 
Państwowa Komisja Akredytacyjna stosuje skalę czterostopniową. Wystawia oceny negatywne, warunkowe, pozytywne i wyróżniające. Jak dotychczas są to najczęściej pozytywne, ale jest też niemało warunkowych, a nawet nieco negatywnych. Jak ocena jest negatywna to minister edukacji powinien zawiesić nabór albo rozwiązać szkołę. 
Kryteria oceny kierunków są mniej więcej znane. Najistotniejsza jest ilość profesorów stąd zarzuty PKA dotyczą najczęściej właśnie braków w kadrze profesorskiej. 

Aby dostać akredytację uczelnie piszą raporty samooceny a potem tzw. eksperci z odpowiedniego zespołu PKA przeprowadzają kontrolę na miejscu. Rozmawiają jak mówi szef PKA prof. Jamiołkowski z jak największą liczbą osób, pracowników i studentów. Niestety nie wiadomo czy te opinie się jakoś mierzy czy waży. Nie widać żadnych ankiet dla oceny, nie widać także żadnych raportów pokontrolnych. 
Systemy akredytacji istnieją w innych krajach, ale PKA nie należy ani do European Network for Quality Assurance in Higher Education http://www.enqa.net , ani do International Network for Quality Assurance Agencies in Higher Education http://www.inqaahe.nl. Dlaczego? 
Jeśli wyższe szkoły np. brytyjskie są oceniane to Polak bez trudu może znaleźć raporty pokontrolne http://www.qaa.ac.uk. Niestety nie udało mi się znaleźć żadnych raportów pokontrolnych naszej PKA. Wyniki kontroli PKA są poza kontrolą obywateli polskich. 
Sytuacja podobna jak w Komitecie Badań Naukowych, który ocenia placówki naukowe (też uczelnie) parametrycznie, ale wartości parametrów są chronione przed zainteresowanymi. Kontroli brak. Ustawa o dostępie do informacji jest, dostępu nie ma.  UTRWALANIE PATOLOGII 

Edukacja w szkołach wyższych winna być ściśle związana z uprawianiem nauki przez nauczycieli akademickich. Jak ktoś nauki nie uprawia to nie może nauczyć studentów jak ją należy uprawiać i jak z niej korzystać. Problem w tym, że w Polsce uprawiana jest głównie tzw. nauka polska, swoista kategoria wyodrębniona z nauki sensu stricto. Czy w uczelniach należy uczyć uprawiania takiej nauki? Ja nie sądzę. 

Brak jest spójnej i kompleksowej reformy systemu nauki i edukacji w Polsce i tak naprawdę nikt tego nie chce. Wyniki sprawdzenia, czy dane szkoły są dobrze, czy gorzej dostosowane do obecnego systemu edukacji i nauki niekoniecznie muszą przynieść pożądane społecznie skutki, tj. podniesienie poziomu nauczania w szkołach wyższych. Pozytywna ocena uczelni, kierunku studiów, nie musi świadczyć o jej pozytywnej działalności, a jedynie o lepszej przystosowalności do obecnego, raczej kuriozalnego systemu nauki i edukacji nauki. Taka ocena może przynieść natomiast skutki niepożądane, gdy kierunki o poważnej patologii (ogromne marnotrawstwo pieniędzy podatnika np. na granty bez rezultatów, rekrutowanie kadry na podstawie kryteriów genetyczno-towarzyskich itd. ) zostają ocenione pozytywnie, czyli ich patologia zostaje zaakceptowana, a nawet wyróżniona. Innym nie pozostaje nic innego jak tylko osiągnąć przynajmniej podobny stan patologii. Jeśli np. ważnym kryterium oceny uczelni, kierunku, jest ilość profesorów na etatach, to nie można tego kryterium odrywać od całościowego kontekstu. Oczywiście z punktu widzenia biurokraty najłatwiejsze są takie proste i mierzalne kryteria, ale niekoniecznie przekładają się one na poziom kształcenia. 

Znam przypadki kiedy najlepsze wyniki w kształceniu studentów osiągał doktor, gdy natomiast ‚profesorowie’ nie byli w stanie sobie poradzić z dydaktyką na podobnym poziomie, więc doktora wyrzucili, a jego działalność zapisali sobie na swoje konto. Doktor negatywnie wpływał na młodzież, która traciła orientację edukacyjną. Zamiast orientować się na profesora, orientowali się na doktora. Młodzież akademicka jakby zaczęła zapominać, że najlepszy jest przecież profesor i dyskusji nie ma. Tak też ‚rozumuje’ Państwa Komisja Akredytacyjna. Porażający i przerażający poziom naukowy i moralny kadry ‚profesorskiej’, zaopatrzonej w dożywotnie przywileje jest jedną z podstawowych przyczyn katastrofalnej sytuacji nauki i edukacji w Polsce. Działania PKA nie powinny tej sytuacji utrwalać, lecz jej przeciwdziałać. W ocenie poziomu kształcenia biurokratyczne kryterium ‚profesorskie’ jest całkiem nietrafne, a nawet szkodliwe. Szkoły wiedząc, że ocenia się jakość kształcenia według m.in. ilości profesorów, zatrudniają osoby z tytułami profesorskimi nie zawsze mające odpowiednie kwalifikacje edukacyjne, a także naukowe (często mniejsze od kwalifikacji doktorów). Zatrudnianie ‚profesora’ na kilku, a nawet kilkunastu etatach może powodować poważne obniżenie poziomu kształcenia w takich uczelniach. To tylko jeden drastyczny przykład. W USA tak nie jest. Profesorem jest się na jednej uczelni, ale też trzeba pamiętać, że w USA nie ma profesorów ‚belwederskich’ czy raczej ‚białodomowych’ bo o zatrudnieniu na etacie profesora decyduje uczelnia , gdy u nas kto będzie czy nie będzie profesorem decyduje w gruncie rzeczy prezydent. W USA nie ma też habilitacji bo o zatrudnieniu decyduje dorobek naukowy a nie stopnie i tytuły często u nas niezależne od dorobku (nierzadko niejawnego) a potrzebne do zwiększenia ilości punktów akredytacyjnych. 
W USA brak jest też umocowanej politycznie Centralnej Komisji ds. tytułu naukowego, tajności rezultatów grantów, tajności ocen itd. Przejścia jednak na system amerykański tak naprawdę u nas nikt nie chce. Ciekawe dlaczego ? 

KASOWANIE KASY 

Ostatnio senat Uniwersytetu Jagiellońskiego rzekomo wystąpił przeciwko wieloetatowcom tj. nauczycielom akademickim pracującym na więcej niż jednym etacie, twierdząc, że to nie jest etyczne. Problem w tym, że UJ nie występuje przeciwko wieloetatowcom jako takim, tylko przeciwko biegającym na wykłady po Krakowie. Ci, którzy przemieszczają się na wykłady dostojnie, szybkimi samochodami np. do Kielc czy Tarnowa, nie tracąc tym samym wiele sił i czasu, są etyczni i mogą tam dodatkowo wykładać. Kto wie czy uchwały nie podjęła grupa trzymająca sztamę z producentami szybkich samochodów? Z etyką to nie ma nic wspólnego. Chodzi o wycięcie konkurencji szkół niepublicznych lepiej opłacających wykładowców, ale też uzależnionych od akredytacji, czyli od punktów osiąganych za profesora. Żeby być akredytowanym trzeba go zatrudnić, nie musi zbyt często wykładać, ważne, żeby figurował i ‚punktował’. Politycy zarówno aktywni, jak i ‚upadli’, często punktują dla uczelni, często dla wielu uczelni na raz. 

Uniwersytety też potrzebują profesorów, aby zarabiać na studiach zaocznych. To ich trzyma. Ambitniejsi studenci jednak narzekają , że serwuje im się bubel edukacyjny. Płacą dużo, zyskują mało. Takich studentów kieruje się do komisji dyscyplinarnych. Pracowników ujawniających takie patologie – również. 

Na uczelniach nie liczą się obecnie ani badania, ani jakość nauczania, liczy się tylko szmal i dyplomy. Do niedawna uniwersytet był definiowany jako korporacja nauczanych i nauczających poszukujących razem prawdy. Tę definicję usunięto z nowego statutu UJ, chyba dlatego, że nie przystawało to nijak do rzeczywistości. Uczelnie zamieniono w fabryki dyplomów, a pożal się Boże ‚profesorowie’ ganiają od uczelni do uczelni aby nabić sakiewkę. 

Można by rzec, że obecny uniwersytet to korporacja kasujących kasę (nierzadko za bubel edukacyjny) i kasujących dyplomy (nierzadko bez wartości). Obecne uniwersytety nie tolerują poszukujących ze studentami prawdy. Taka działalność jest w uczelniach źle widziana, a nawet zabroniona. Stanowi zagrożenie dla struktur uczelni. 

ALTERNATYWNE KRYTERIA OCENY

Obserwując poważny spadek jakości nauczania w szkołach pozwoliłem sobie na zaproponowanie Państwowej Komisji Akredytacyjnej rozważenie odmiennych (od przyjętych) kryteriów oceny szkół wyższych. Jak sądzę po ich przyjęciu ocena szkół, kierunków, byłaby zdecydowanie odmienna od już dokonanej i dokonywanej, a ponadto pomogłaby w usuwaniu, a nie w utrwalaniu patologii jakimi uczelnie są dotknięte.

Moim zdaniem negatywnie oceniana winna być szkoła wyższa (kierunek) jeśli:

1. kierowana jest przez osoby nie należące do korporacji nauczanych i nauczających poszukujących prawdy

2. wyklucza z populacji zatrudnionych nauczycieli akademickich mających poczucie własnej wartości

3. wyklucza z populacji zatrudnionych nauczycieli akademickich mających cywilną odwagę wypowiadania krytycznych opinii o patologii uczelni

4. utajnia czy fałszuje osiągnięcia naukowe nauczycieli akademickich

5. fałszuje osiągnięcia edukacyjne nauczycieli akademickich

6. nadal respektuje ‚prawo’ stanu wojennego w życiu szkoły wyższej, w szczególności w polityce kadrowej

7. instytutem, katedrą czy zakładem uczelni zarządza dożywotni feudał, bez potencjalnego następcy, z powodu wytępienia konkurentów

8. zatrudnia ‚wieloetatowców’ m.in. ‚profesorów’ na fikcyjnych etatach (dla punktowania!)

9. zatrudnia osoby obciążone zajęciami edukacyjnymi powyżej 8 godz. dziennie i prowadzące oficjalnie ponad 10 magistrantów

10. realizuje politykę kadrową poprzez organizowanie ‚konkursów’ na obsadzanie stanowisk przez swoich, zgodnie z kryteriami dostosowanymi do ich poziomu intelektualnego lub według kryteriów genetyczno-towarzyskich

11. uznaje aktywnych badaczy za element niepożądany na uczelni

12. jej kadra jest niezdolna do wykrywania plagiatów lub/i wykazuje przyjazny stosunek do plagiaryzmu

13. tworzy nowe kierunki studiów jedynie dla zapewnienia obecnej, zamkniętej na ‚obcych’ kadrze, dodatkowych źródeł utrzymania

14. przyjmuje ogromną ilość studentów, bez możliwości ich należytego kształcenia, tylko po to, aby obecna kadra mogła więcej zarobić

15. akceptuje mobbing w stosunku do nauczycieli akademickich przewyższających kadrę zarządzającą intelektem i uznaniem wśród studentów

16. nie stosuje się do zasad etyki i dobrych obyczajów w nauce i edukacji

17. wykazuje analogie do orwellowskiego Ministerstwa Prawdy, w którym wartości mają odwrócony znak

Niestety PKA nie raczyła podjąć dyskusji z tą obywatelską inicjatywą. Po rozpowszechnieniu tych kryteriów w internecie jednak otrzymałem wiele listów z gratulacjami co świadczy, że opracowanie innych od obecnych kryteriów oceny szkół ma aprobatę krytycznie myślących obywateli.

PRAWDA RANKINGÓW

Zwykle na wiosnę kilka czasopism: Rzeczpospolita, Polityka i Perspektywy, Wprost, Newsweek układa rankingi szkół wyższych. Każdy może zapoznać się która uczelnia, jaki kierunek studiów jest najlepszy. To ma być wskazówka gdzie się wybrać na studia aby mieć dyplom najbardziej wartościowy, jakich absolwentów przyjmować aby mieć dobrze przygotowanych pracowników. Czy to dobra wskazówka? Kryteria rankingów na ogół są znane. Chciałbym się odnieść przykładowo tylko do jednego kryterium – kryterium siły naukowej uczelni – uwzględnianego w rankingach Rzeczpospolitej i Polityki uważanych za szczególnie wiarygodne.

Do określenia siły naukowej uczelni uwzględniano dane KBN, w tym dane dotyczące projektów badawczych finansowanych przez KBN. Ja korzystam z baz KBN i uważam, że jest to raczej baza nie-danych, w szczególności jeśli chodzi o wyniki grantów (projektów badawczych). (patrz Cui bono? – Obywatel, lipiec, 2003). Jakie są rezultaty realizacji grantów KBN można się zapoznać na stronach internetowych http://www.opi.org.pl. Można to przeliczyć uczelniami. Nie wiem czy twórcy rankingu to czynili?

Siłę naukową uczelni oceniano za pomocą kryterium – ‚liczba projektów badawczych prowadzonych przez uczelnie i współfinansowanych przez KBN ‚.
Ciekawe dlaczego redakcje sądzą, że takie kryterium, oczywiście mierzalne, świadczy pozytywnie o sile naukowej uczelni. Moim zdaniem o sile naukowej uczelni mogłoby świadczyć kryterium efektywności grantów, czyli jakość wyników w stosunku do poniesionych nakładów. To, że ktoś dostał grant, a nawet wiele grantów, nie świadczy o jego sile naukowej. Jeśli mimo otrzymania grantu nic lub niewiele zrobił to ten fakt świadczy o niepoważnej a nie o poważnej sile naukowej.
Warto też wziąć pod uwagę, że o przyznawaniu grantów nie zawsze decydują kryteria merytoryczne, a nader często genetyczno-towarzyskie.

Zatem kryterium liczby uzyskanych grantów jest mało wartościowe do ustalania siły naukowej uczelni, natomiast mogłoby być przydatne w ustalaniu rankingu uczelni marnotrawiących pieniądze podatnika czy w ustalaniu rankingu nepotyzmu (a może i korupcji) w nauce i edukacji w Polsce.

RANKING RANKINGÓW

Dla mnie rankingi wyższych uczelni w Polsce to lipa wprowadzająca w błąd obywateli. Ale nie dla wszystkich. Po ukazaniu się klasyfikacji szkół na ogół rozpoczynają się dyskusje świadczące o poważnym traktowaniu rezultatów rankingów. Studenci, i pracownicy tych uczelni, które są wysoko w rankingu chodzą dumni – jesteśmy najlepsi – z zadowoleniem konstatują. Inni, którzy są nisko w rankingach lamentują nad poziomem swoich uczelni. Nad zasadnością kryteriów, a przede wszystkim nad wiarygodnością danych rzadko się dyskutuje.
Świadczy to o braku krytycyzmu studentów i absolwentów szkół wyższych. I jest to ‚sukces’ edukacyjny. Krytycyzmu niezbędnego dla normalnego funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego na uczelniach się nie uczy, krytycyzm się tępi i są tego rezultaty.

Jeśli o rezultatach rankingów wypowiadają się rektorzy uczelni to na ogół jest tak, że ten ranking jest bardziej wiarygodny, w którym uczelnia rektora jest wyżej. Jest to dla rektorów kryterium najważniejsze. Rankingów nie traktuje się jako zabawę, lecz bardzo poważnie. Jak w tegorocznym rankingu WPROST Uniwersytet Jagielloński znalazł się nieco niżej rektorzy zawiadomili, że bojkotują ten tygodnik, ale rektor Uniwersytetu Adama Mickiewicza – uczelni, która znalazła się na pierwszym miejscu, był cały w skowronkach: ‚To dowód na to, ze rozwijamy się w dobrym kierunku’. Ciekawe, że właściwe i niewłaściwe kierunki rozwoju uczelni wyznaczane są przez niezbyt zorientowanych w tej materii dziennikarzy, bazujących na wątpliwych lub wziętych z sufitu danych.
Rektorzy uważają przy tym, że jak uczelnia jest wysoko w rankingu, to patologia nauki i edukacji w Polsce ich nie dotyczy! Tak mnie informował rektor AGH – Prof. R. Tadeusiewicz. A rozmiary patologii w uczelniach wyższych przecież nie są brane przy ustalaniu rankingów. Ot, rektorska logika.

Józef Wieczorek 

Tekst opublikowany w dwumiesięczniku OBYWATEL nr 5(13), 2003

Komentarze do „Inna prawda o uczelniach”
patologie – 2007-03-19 22:11:41
To jest swietny tekst i niezwykle trafna ocena sytuacji! Moge sie podpisac pod wszystkimi opisami ogolnymi (nie wszystkie szczegoly znam, ale patologie sa typowe). Co jest przerazajace – to to, ze przez prawie 4 lata i po zmianie rzadow – prawda ta nie dotarla, przynajmniej nie dotarla w pelni, do Wladz. To sie musi skonczyc, zeby wszystkie najwazniejsze postanowienia, decydujace o pracy z mlodzieza, dydaktycznej i naukowej byly tajne/poufne i polegaly na tolerowniu naduzyc. Dlatego, ze wszystko o czym pisze Autor ma bezposredni wplyw na przyszlosc naszego Kraju. Wielkie dzieki dla Autora. Hanna Ambroz
autor: ~Hanna Ambroz
Inna prawda o rektorach – 2006-11-18 10:33:00
Zapis czatu z rektorem Politechniki Wrocławskiej prof. Tadeuszem Lutym z dnia 19 listopada 2003 http://czat.pwr.wroc.pl/logi.p hp?id=2 12:17 <wieczorek> Czy zna Pan artykuły pana Józefa Wieczorka, które ukazały się ostatnio w prasie – koniec z fikcją w nauce, inna prawda o uczelniach? Czy nie sądzi Pan, że coś w tym jest? 12:20 <Rektor> Nie znam artykułów pana Wieczorka. Wiem, że ukazało sięe w ostatnim okresie kilka artykułów krytycznych o środowisku naukowym. Myślę, że każda krytyka – jeśli jest uzasadniona – jest bardzo wartościowa. Nasze środowisko na pewno wymaga stałego procesu samooczyszczania. A w jakim to było czasopiśmie? 12:26 <wieczorek> „Inna prawda o uczelniach” w piśmie OBYWATEL dostępnym w Onecie (kiosk.onet.pl), a „Koniec z fikcją w nauce” w Przeglądzie z 23 listopada. Myśl streszczająca autora jest następująca: „Wieczni doktorzy w USA dostają nagrody Nobla, w Polsce dostają wymówienia, szczególnie jeśli podważają jedynie słuszne poglądy profesorów”. 12:26 <Rektor> Doktorzy dostają i dostaną nagrody Nobla bez względu na to, gdzie pracują. Nie znam przypadku zwolnienia doktora za to, że publikuje naukowo. A jeżeli autor listu ma na myśli jakiś szczegółowy przypadek, to proszę o osobisty sygnał. Na koniec przypomnę podstawową prawdę, że istotą nauki jest poszukiwanie prawdy bez względu na to, jaka jest bolesna. —————————— ————————– P.S. Mimo osobistego sygnału Rektor Luty nie przystąpił nawet do poszukiwania prawdy czyli odkrycia istoty nauki o czym innym przypominał. Nie podjął tez swojego apelu po zostaniu szefem KRASP wyjaśnienie wieczorek z czatu to nie ja, ale po przypadkowym znalezieniu zapisu czatu w internecie przesłałem mu tekst Inna prawda … jak i szereg innych i próbowałem się spotkać z rektorem aby przystąpić do odnalezienia prawdy. Niestety do tej pory nie doszło do spotkania z rektorem Lutym jak również z innymi rektorami tak pięknie w mediach mówiącymi o etosie uczonych i sensie nauki.
autor: ~Józef Wieczorek
bez zmian – 2005-10-22 11:27:36
Wspomnienia znalezione w internecie. Jak widać na uczelniach żadnych zmian mimo zmiany PRLu na III RP. ‚Pomimo głębokiego zaangażowania w Chemię i jej nauczanie – zdecydowałem się odejść, by nie firmować nieprawości, akceptowanych przez Radę Wydziału. Nieuczciwość naukowa, protekcjonizm, utrącanie najzdolniejszych, obawa przed ludźmi z zewnątrz, z góry ustawiane konkursy, przedkładanie własnych interesów nad dobro Nauki – wszystko to obserwowałem na wielce rozdrobnionych wydziałach rożnych polskich uczelni. Niestety i na tym Wydziale’ http://www.chem.uw.edu.pl/50la t/materialy6.html
autor: ~nfa
To nie pierwsza rzecz która jest jak za – 2005-02-15 23:27:03
GTW w polskiej nauce tkwi mentalnie w tym okresie. Wtedy ci ludzie zostali ukształtowani. A co do PKA, to wywiad na miejscu powinien być zorganizowany profesjonalnie, to znaczy: – pracownicy powinni dostać papierowe, anonimowe formularze i koperty z opłaconym kosztem przesyłki pocztowej (jak przy wyborach do KBN; należy zażądać wysłania pocztą, odpowiedzi nie mogą iść drogą służbową) – studenci powinni zostać poinformowani o adresie WWW pod którym będą mogli zgłaszać swoje uwagi, logując się z uczelni Inaczej nikt się nie wychyli: studenci przed nauczycielami i podwładni przed przełożonymi, a nawet jeden samodzielny przed drugim (bo np. może utrącić w przyszłości jego człowieka, źle zaopiniuje wniosek o awans czy nagrodę; w old boys network także nie warto się wychylać). Teraz to mamy lipę w stylu gierkowsko-białoruskim. Aż dziwne, że tylu poważnych ludzi bierze w tym udział udając że jest wszystko OK.
autor: itakdalej
‚Demokracja akademicka’ – 2005-02-15 22:55:17
Metodologia badawcza PKA polega zwykle na organizowaniu otwartych spotkań z pracownikami niesamodzielnymi, studentami. ‚Otwartość’ zebrania polega na tym, że wszyscy lub wybrani reprezentanci dostają polecenie służbowe stawienia się na takim spotkaniu. W niektórych (skrajnych?) przypadkach przedstawiciel dyrekcji instytutu jest na takim spotkaniu obecny. Przedstawiciel PKA pyta zebranych, co im się w instytucie nie podoba. Kto odważy się szczerze powiedzieć, co mu dolega? Nawet jeżeli przedstawiciel dyrekcji zostanie wyproszony za drzwi, należy przypuszczać, że na sali znajdzie się usłużny TW dyrekcji. Działalność PKA pod tym względem zaliczam do przejawów ‚demokracji akademickiej’, ponieważ wszystko jest z góry ustawione i wyreżyserowane, a za odstępstwa od scenariusza przewidziane są konsekwencje, choć nikt ich nigdzie nie skodyfikował. Pobyt PKA w instytucie w niczym nie różni się od spotkań tow. I sekretarza z włókniarkami.
autor: khmara
PKA – 2005-02-15 21:01:18
Muszę szczerze przyznac, że wiem jak to wygląda na konkretnym przyklądzie i zgadzam się z autorem, ze ta isntytucja to mydlenie oczu. opinie studentów mozna ‚ustawić’. Gdyby komisja weszła na strony lokalne miejscowości,, w której zamierza dokonać akredytacji dowiedziałaby się z postów sutdentów czego i gdzie szukać. Ja takie posty czytalem kiedy rozeszła się fama, iz ma być akredytacja jednego z wydziałów. a wynik akredytacji – od 2 lat nie ma go na stronach komisji…. żadnego sladu jej bytności w tym miejscu.
autor: ~sceptyk
mozliwosci – 2005-02-11 02:10:52
moja odwaga cywilna rowniez. Skoro cale srodowisko tuszuje sprawe, wlacznie ze studentami, tzn. ze wiekszosci z tym jest wygodnie i morale siegnelo dna… O wynikach PKA dowiedzialem sie z internetu… chociaz do czesciowego konformizmu w tej sprawie sie przyznaje – nonkonformizm oznaczalby papiery persony non grata. W dodatku wyznaje zasade, ze nalezy walczyc na froncie gdy sa jakiekolwiek szanse – tutaj ich nie widzialem…
autor: ~itd
– 2005-02-10 22:21:32
Moje możliwości są niestety wyraźnie przeceniane, nie nazywam się Sawicki ani nawet Jamiołkowski. Nie mam pojęcia do kogo się z tym zwrócić. Jeżeli nieprawidłowości występują na już akredytowanym przez PKA kierunku, pozostaje żałować, że nikt nie zwrócił PKA uwagi na tę sytuację. Wizytacja o ile mi wiadomo trwa góra 2-3 dni i nietrudno pomalować wtedy trawę na zielono. Z drugiej strony, są spotkania ze studentami, i jeśli studenci nie uznali za stosowne o tym wspomnieć, PKA zapewne po prostu o tym nie wiedziała. Nie wszystkie działania PKA budzą mój entuzjazm, można odnieść wrażenie, że poniektórzy jej członkowie pozostają przede wszystkim profesorami swych macierzystych uczelni, a nie pracownikami PKA. Nie wykluczam, że tak było i w tym przypadku. Jeżeli na poziomie uczelni sprawa jest tuszowana, kolejnym szczeblem wydaje się być MENiS. Sprawa AB pokazuje, że odpowiednio uporczywe pukanie do drzwi może – choć oczywiście nie musi – odnieść pożądany efekt.
autor: ~Gall Anonim
pytanie do Galla Anonima – 2005-02-10 09:39:12
Jak nalezy postapic w nastepujacej sytuacji: posiada sie potwierdzona wielokrotnie wiedze, ze na pewnym wydziale renomowanej uczelni nie odbywa sie do 20% zajec na studiach dziennych. Wg uczelnianej gieldy studenckiej pracownicy tego wydzialu przoduja w nie przepracowywaniu sie!!! Wladze dziekanskie sa swiadome opini studentow, ale nic nie robia w kierunku uzdrowienia sytuacji (ryba psuje sie od glowy?). Na tym samym wydziele PKA kontroluje pewien kierunek, ktory ocenia BARDZO DOBRZE i udziela piecioletniej akredytacji. Nalezy zlozyc skarge (i do kogo) na wladze dziekanskie, rektora czy na czlonkow PKA za nie wypelnianie w nalezyty sposob ustawowych obowiazkow kontroli jakosci ksztalcenia? A moze wg PKA odbywanie zajec to tylko ich obecnosc w programie i rozkladzie zajec podawanym na poczatku semestru? Drogi Gallu Anonimie! Jezeli Twoje wypowiedzi na lamach NFA sa wyrazem konstruktywnej checi poprawienia sytuacji na polskich uczelniach to ujawnij sie. Otrzymasz wtedy ode mnie szczegolowe informacje wraz z innymi pikantnymi szczegolami. Poki co wykladowcy na szacownej uczelni, wysoko ocenionym przez PKA kierunku, wprawdzie pojawiaja sie na wykladach, ale rozpoczynaja je i koncza niekiedy slowami: ‚Dzis taka ladna pogoda – idzcie sobie do domu’!!!!
autor: ~itd
IPN a MNiI i MENiS – 2005-02-10 08:12:08
No jesli nawet istnieje to jakie ma znaczenie dla jawności zycia akademickiego ? Baza chociaż juz b. niekompletna teczek SB tez istnieje ale do niej dostep jest latwiejszy niz do bazy danych o naukowcach. O czyms to jednak świadczy. Jak mozna porownać kompetentnego do niekompetentnego skoro dostęp do danych jest dostepny tylko dla krzywdzącego a zamkniety dla pokrzywdzonego, czyli zupelnie inaczej niz w IPN!!!. Jasełka akademickie moga się odbywac przy aprobacie spoleczności akademickiej tak jak było dawniej. Bazy degrengolady moralnej jak nie było tak nie ma sa tylko kodeksy etyczne dla zapewnienia oslony krzywdzących i do krzywdzenia niewygodnych bo ujawniających przekręty trzymajacych : wladze, bazy danych, kodeksy etyczne itd
autor: ~Józef Wieczorek
Informatyzacja etc. – 2005-02-09 22:56:24
Aczkolwiek te formularze do OPI składa się w formie elektronicznej, więc podejrzewam, że centralna baza danych istnieje.
autor: ~Gall Anonim
PKA – 2005-02-09 19:53:44
wynik dla: Cited Author=Jamiolkowski A* DocType=All document types; Language=English; Databases=SCI-EXPANDED, SSCI, A&HCI; Timespan=1945-2005 Times Cited Cited Author Cited Work Year Volume Page 1 JAMIOLKOWSKI A 4 MATH PHY 1972 3 1 JAMIOLKOWSKI A CR1 MATH PHYS 1974 5 415 1 JAMIOLKOWSKI A INT J THEOR PHYS 1983 22 369 1 JAMIOLKOWSKI A OPEN QUANTUM YSTEMS 1990 1 JAMIOLKOWSKI A OPEN SYST INF DYN 2003 11 63 1 JAMIOLKOWSKI A PHYS REV A 2001 6406 2310 1 JAMIOLKOWSKI A RECENT ADV STAT PHYS 1987 2 JAMIOLKOWSKI A REP MATH PHYS 1985 21 101 1 JAMIOLKOWSKI A REP MATH PHYS 1976 10 267 67 JAMIOLKOWSKI A REP MATH PHYS 1972 3 275 3 JAMIOLKOWSKI A REP MATH PHYS 1971 2 1 1 JAMIOLKOWSKI A SOC SCI GOVT 19
autor: ~Ewa Kostarczyk
Informatyzacja po polsku – 2005-02-09 19:07:29
To, ze się sklada sprawozdania, publikacje itp to nie znaczy, że istnieje baza tych danych. Składa sie tez formularze do ZUS, jest b. drogi system do ich archiwizacji i przetwarzania a panie w ZUS szukaja danych w papierkach i nic nie wiadomo. Podobnie jest w ministerstwie nomen omen informatyzacji. Min nie udziela info w sprawie dorobku zasłaniając się ustawą o dostępie do danych osobowych ! To co ktos robi naukowo to jest jego i urzędnika min sprawa a innym nic do tego!
autor: ~Józef Wieczorek
– 2005-02-09 18:45:40
Problem nie w wadliwej ustawie o PKA (a raczej w noweli ustawy o szkolnictwie wyższym), bo PKA została powołana do określonych zadań i zadania te w jakimś stopniu wykonuje. Problem w tym, że nie ma woli otwartej prezentacji i oceny dorobku naukowego (i to nie za pomocą zwykłego indeksu cytowań, bo i on produkuje przekłamania). A baza wbrew pozorom istnieje – OPI co rok zbiera ze wszystkich uczelni, gdzie badania naukowe finansowane są z funduszy państwowych (KBN/MNII), sprawozdania o realizacji tychże badań naukowych, wraz z listą publikacji za rok sprawozdawczy, i to w formie elektronicznej. Te dane potem służą KBN/MNII do kategoryzacji jednostek naukowych i odpowiedniego rozdziału funduszy ( http://www.nauka-polska.pl/ank ieta_jed/ankieta_inf_f.htm ). Tak więc baza jest, pozostaje kwestia upublicznienia dostępu do niej. Natomiast stan bazy publicznej Ludzie Nauki (http://www.nauka-polska.pl/lu dzie/os_inf_f.htm) woła o pomstę do nieba, bo dane tam zawarte pochodzą sprzed kilku lat i nikomu w OPI najwyraźniej nie zależy na ich aktualizacji. Dobrym przykładem jest liczba wypromowanych doktorów – każdy musi składać do OPI kartę informacyjną, ale z jej wprowadzeniem do systemu bywa różnie. Pozostaje więc pytanie – czy to system jest zły, czy jego niedrożność to efekt urzędniczej niekompetencji? Z moich doświadczeń dosyć jednoznacznie wynika, że to drugie. ********* Nigdzie nie twierdzę, że do kształcenia na poziomie zawodowym nie potrzeba naukowców. Stwierdziłem jedynie, że niekiedy praktyk bez olśniewającego dorobku naukowego sprawdzi się na tym szczeblu lepiej od klasycznego naukowca. Inna sprawa – i tu wracamy bumerangiem do urzędników z MENiS – że studia zawodowe to wytwór czyjejś chorej wyobraźni, bo studia wyższe nie zdobyciu zawodu powinny służyć, nawet na szczeblu licencjackim. Jak ktoś chce zdobyć uprawnienia zawodowe, powinien po ukończeniu studiów złożyć odpowiedni egzamin i tyle. Ale jakiś mądrala w ministerstwie tak to sobie wykoncypował i teraz musimy się z tym męczyć.
autor: ~Gall Anonim
Patologie prawem gwarantowane – 2005-02-09 18:31:51
No to jasne jest, że ustawa o PKA jest wadliwa. PKA nie musi gromadzić danych, wystarczy żeby korzystala z bazy danych instytucji która do posiadania takiej bazy ma uprawnienia. Niestety KBN (MNiI) takiej bazy nie posiada stąd ocena dorobku naukowego jest jedynie iluzoryczna nawet jak sie temu przyglądaja przez powiekszające szkło. Jak nie ma to sie nie zobaczy nawet przez teleskop. To, ze do ksztalcenia na poziomie licencjatu nie potrzeba naukowcow to jest wada. Nie uczy sie kreatywnosci tylko pozoranctwa. Nieraz mam e-maile, tel aby dac wyniki nadań bo sa potzrebne do zrobienia licencjatu. Kiedy tłumacze, że trzeba je zrobic samemu odpowiedź jest – promotor mówił, ze badań nie musze prowadzic. Jak się robi to co w przedszkolu (albo poniżej, bo dzieci czasem coś badają) to nie powinno się to nazywać szkołą wyższą ( nawet na poziomie licencjatu). No i w koncu takim sposobem PKA chroni niekreatywna kadrę kiepskich szkół a ludzie nauki są bez etatów, bo nie sa kompetentni do produkcji bubli w szkołach z nazwy wyższych.
autor: ~Józef Wieczorek
– 2005-02-09 17:52:01
Numeryczna liczba samodzielnych pracowników określona jest w odpowiednich rozporządzeniach MENiS, tak więc PKA, oceniająca zgodność prowadzonego kierunku z obowiązującym prawem, musi takich kalkulacji dokonywać. O przyczynach pisałem szerzej na forum ( http://www.nauka-edukacja.p4u. pl/forum.php?page=&cmd=sho w&id=115&category=3 ) Natomiast oprócz czysto matematycznych kalkukacji PKA przygląda się również dorobkowi naukowemu poszczególnych pracowników reprezentujących dany kierunek oraz temu, czy ich zainteresowania naukowe (i) pokrywają się z prowadzonymi przez nich zajęciami, oraz czy (ii) reprezentują oni odpowiednią gamę specjalności/specjalizacji. Aczkolwiek – przypominając raz jeszcze – PKA nie została utworzona w celu oceny jakości badań naukowych i dorobku naukowego kadry per se, co leży w gestii organów finansujących badania naukowe w uczelniach państwowych, czyli ś.p. KBN i MNII.
autor: ~Gall Anonim
Jakość kształcenia według Galla Anonima – 2005-02-09 17:32:41
Według Galla Anonima …szkoła prowadząca dany kierunek na poziomie magisterskim taki obowiązek ma (ek, obowiązek prowadzenia badań naukowychi) tam PKA bierze je pod uwagę, ale jako jedno z wielu kryteriów i wyłącznie w odniesieniu do ich przełożenia na jakość kształcenia… PKA bierze pod uwagę numeryczną ilość pracowników samodzielnychzakładając, że taka a nie inna ich ilość jest ilością zabezpieczającą jakość kształcenia. {b]Nawet jeśli 3 prof zwyczajnych plus 5 dr hab równa się 4 magistrom
autor: ~Ewa Kostarczyk
– 2005-02-09 17:05:01
Polecam zajrzenie do ustawy z 20.07.2001: „2. Komisja przedstawia ministrowi właściwemu do spraw szkolnictwa wyższego opinie i wnioski dotyczące w szczególności: 1) utworzenia uczelni, przyznania uczelni uprawnienia do prowadzenia studiów wyższych na określonym kierunku i poziomie kształcenia oraz utworzenia przez uczelnię filii lub wydziału zamiejscowego, 2) dokonanej oceny kształcenia na danym kierunku, w tym kształcenia nauczycieli oraz przestrzegania warunków prowadzenia studiów wyższych.” Można dyskutować, czy taki zakres działalności jest wystarczający, ale w świetle obowiązującego prawa (niezależnie od naszego zdania na jego temat) PKA nie ma uprawnień do oceny jakości prowadzonych przez uczelnię badań naukowych (publikacje, tematyka badawcza, etc.). Tym zajmuje się organ finansujący badania naukowe, czyli ś.p. KBN, a obecnie MNII. Nie mówiąc już o tym, że postrzeganie szkolnictwa wyższego jako wyłącznie poziom uniwersytecki jest daleko idącym uproszczeniem. W Polsce prowadzone są studia zawodowe i magisterskie, studia doktoranckie póki co wiszą w rozkroku i nie ma jednoznacznych uregulowań w tej kwestii. Szkoła prowadząca dany kierunek na poziomie zawodowym nie ma obowiązku prowadzenia badań naukowych. Szkoła prowadząca dany kierunek na poziomie magisterskim taki obowiązek ma i tam PKA bierze je pod uwagę, ale jako jedno z wielu kryteriów i wyłącznie w odniesieniu do ich przełożenia na jakość kształcenia.
autor: ~Gall Anonim
Oceny Gallow Anonimów – 2005-02-09 11:12:16
W systemie nauki polskiej nie ma żadnej instytucji powolanej do posiadania bazy danych o dorobku naukowym! mimo ze dorobek naukowy służy rzekomo do nadawania stopni i tytułów naukowych. Jesteśmy podobno liderem procesu bolońskiego ktory zaklada nierozłącznośc m.in. badań i nauczania i jesli ktos mówi, że na poziomie uniwersyteckim (mgr dr) PKA nie jest powolana do oceny dorobku naukowego a jedynie do oceny jakości ksztalcenia to nie wie o czym mowi albo PKA nie wie co powinna robic. Oczywiście mozna być świetnym dydaktykiem najwyżej ocenianym przez studentow i wychowankow i byc poza uczelniami bo PKA wysoko ocenia tych którzy takich dydaktykow usuwają z uczelni np. za rzekoma niechęć do dydaktyki. Taki jest system oceny jakości nauczania w szkolach wyższych przez jednych Gallow Anonimow i innym GA to sie podoba. Oceny winny byc jawne i wedlug jawnych rozumnych kryteriow.
autor: ~Józef Wieczorek
– 2005-02-09 10:51:59
Tyle że PKA nie jest powołana do oceny dorobku naukowego tylko do oceny jakości kształcenia. Nie trzeba być wybitnym naukowcem, żeby być świetnym dydaktykiem-praktykiem. Na poziomie studiów zawodowych ważniejsze jest doświadczenie w nauczaniu, na poziomie studiów magisterskich wchodzi element badań naukowych, ale nie jest i nie powinien to być czynnik decydujący.
autor: ~Gall Anonim
Patologia demokratycznie utrwalana – 2005-02-09 10:01:21
Rozumiem, ze Pan podziela mój pogląd wyrażony w artykułew ‚Inna prawda o uczelniach’, ze akredytacja w polskim wydaniu to na ogół lipa utrwalająca patologie. Prosze porownać komentarze do akcji ujawniania dorobku naukowego. Z odpowiedzi PKA jasno wynika, ze PKA nie potrzebuje znać dorobku naukowego kadry nauczającej aby ocenic jej wartośc !!! ale jest to instytucja wpisana do projektu nowej ustawy ‚Prawo o szkolnictwie wyższym’ podobnie jak KRASP, ktora na roszczenie informacyjne w sprawie ujawnienia dorobku naukowego nawet nie odpowie -bez utraty wiarygodności. Jeśli demokratyczna większośc to akceptuje, albo olewa, to żadnej zmiany systemu nie będzie jesli nie zostanie wymuszony czynnikami zewnętrznymi.
autor: ~Józef Wieczorek
PKA to lipa – 2005-02-08 21:02:57
Akredytacje to wielka lipa. To właśnie wytyczne programowe PKA są jednym z powodów fatalnego poziomu nauczania, przynajmniej w mojej działce – geologii. Wszelkie proby poważniejszych zmian są zbywane stwierdzeniem, że nie można robić rewolucji programowej, bo nie będzie akredytacji. I kij im w oko, skoro uważają, że student geologii po ukończeniu studiów powinien znać budowę układu ambulakralnego, a hydrodynamika jest wymysłem masonów. Panie Józefie – niestety, system można rozsadzić tylko od środka
autor: ~Łukasz
Nepotyzm – 2005-02-08 15:26:22
Właśnie trzeba zmienić system a nie tylko jeden element w chorym systemie. Widac, że dzialalnośc PKA jest tez chora. Nepotyzm mozna by ograniczyć przez ustawowy nakaz zatrudnienia tylko na podstawie otwartych konkursow na etaty – informacje na internetowej tablicy ogłoszeń (np. PKA czy RGSW) obowiązkowe dla wszystkich konkursów. Także zakaz zatrudniania na tej samej uczelni po zrobieniu doktoratu na np. 5 lat tez by ta patologie troche ograniczył. Odsylam do tekstu – Nomadyzm niemobilnych.
autor: ~Józef Wieczorek
Czy PKA jest wiarygodna? – 2005-02-08 14:38:01
Jestem studentem UR i obsrewuje jak międz uczelniami toczy sie walka o jak najwiekszą liczbe studentów.PKA moim zdaniem nie jest w stanie wiarygodnie oddać poziomu uczelni,gdyż kryterium ilośći profesorów prowadzi do sytuacji w której profesorowie tylko widnieją na listach i w indeksach.Szara rzeczywistoś pokazuje jednak że kontakt student z profesorem sprowadza sie tylko do wpisu w indeksie.Sytuacja szkolnictwa wyższego nie zmieni sie bez odważnych zmian.No ale po co to zmieniać skoro wszędzie panuje nepotyzm?
autor: ~Waldemar

 

Nomadyzm niemobilnych, czyli historia naturalna polskiego naukowca

Nomadyzm niemobilnych, czyli historia naturalna polskiego naukowca

2004-12-11

Józef Wieczorek & Cezary Wójcik 

NOMADYZM NIEMOBILNYCH 

Brak mobilności kadr akademickich 

Jednym z argumentów podnoszonych przez przeciwników wprowadzenia w Polsce systemu organizacji nauki podobnego do systemu amerykańskiego jest brak mobilności kadr akademickich. Decydenci argumentują, że pracownicy naukowi trzymają się swojego miejsca zamieszkania a warunki ekonomiczne nie pozwalają na częste zmiany miejsca pracy. Kiedy ogłasza się 
konkursy na uczelniach, to zgłasza się zwykle tylko jedna osoba, gdyż praca naukowa nie jest u nas atrakcyjna. Decydenci przyznają, że system amerykański oparty na mobilności kadr jest bardziej wydajny, lecz uważają że dopóki nie dojdzie do zmiany mentalności naukowców polskich to musi być tak jak jest bo inaczej będzie jeszcze gorzej. Ich argumentacja prowadzi do tego, żeby pomimo wejścia do UE w nauce polskiej nic się tak naprawdę nie zmieniło i wszystko pozostało „po staremu”. Każdy postulat zmian jest traktowany jak nawoływanie do rewolucji, której nauka podobno nie znosi. 
Czy te argumenty są zasadne ? Czy nie jest to czasem hipokryzja tych, którzy obawiają się jakichkolwiek realnych zmian bo są zbyt przywiązani do obecnego systemu ? Czy brak mobilności kadr jest przyczyną takiego a nie innego systemu organizacji nauki, czy też jest odwrotnie? 

Wzorzec kariery – od studenta do rektora na tej samej uczelni 

Przebijające się gdzieniedgdzie krytyczne opinie o braku mobilności kadr akademickich na ogół kontrastują z wypowiedziami rektorów chwalących się zwykle w okresie wyborów, że od studenta do rektora byli na jednej uczelni. To ma być argument świadczący za tym, że znają najlepiej uczelnię, jej problemy, i najlepiej nadają się do tego aby nią kierować. To ciekawe, że w tym przypadku brak mobilności nie jest wadą, lecz zaletą kariery akademickiej. W systemie amerykańskim jest to rzecz niespotykana. Taka kariera nie jest możliwa. Kto nie jest mobilny – odpada. Nie ma szans na zatrudnienie. Zmiana miejsca pracy jest wymuszona systemowo. Nie można spędzić całego życia na jednej uczelni, podobnie jak nie można całego życia przepracować w jednej firmie. Przeciętny Amerykanin conajmniej czterokrotnie zmienia miejsce pracy i naukowcy nie są tu bynajmniej wyjątkiem. W przypadku naukowca osiągającego sukcesy, zmiana miejsca pracy prowadzi do coraz wyższych zarobków, większego laboratorium oraz lepszej uczelni i kończy się dopiero gdy uda się mu zdobyć pozycję na Harwardzie lub Uniwersytecie Stanforda, podczas gdy w przypadku naukowca przeciętnego lub wręcz miernego obserwuje się albo brak zmiany miejsca pracy albo przenoszenie się do gorszych szkół wyższych (collegów), gdzie nad uprawianiem nauki przeważa nauczanie. O obsadzie etatu na każdej uczelni – czy to małej, czy to dużej – decydują autentyczne, otwarte konkursy na które wpływa kilkadziesiąt lub nawet kilkaset podań. Niezależna komisja wybiera kandydata o największym dorobku i największych perspektywach rozwoju a nie tego kto najwięcej czasu spędził na jednej uczelni i najlepiej tkał ‘akademicką pajęczynę’ aby w końcu zyskać miano ‘najlepszego z najlepszych’. Wprowadzenia podobnego systemu nasi swojscy uczeni boją się bardziej niż ognia. 

Chów wsobny 

W Polsce najbardziej popularny jest chów wsobny, czyli chowanie swoich – na swoich uczelniach. O rozwoju ośrodka decydują obyczaje plemienne. Każdy ośrodek naukowy opanowany jest przez członków jednego plemienia i tylko członkowie tego plemienia mogą na nim zrobić karierę. Takie reguły obowiązują w starych ośrodkach gdzie więzi plemienne są najtrwalsze. Ktoś spoza wspólnoty plemiennej zawsze jest obcy, bez szans na karierę szczególnie wtedy jeśli nie przestrzega etyki plemiennej. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

Do tych reguł starają się dostosować także uczelnie młode, dopiero co zakładane w tym uczelnie prywatne. Te są zmuszone do korzystania z kadry starszych uczelni. Ich rektorzy argumentują, że nie może być inaczej bo w ciągu 10-15 lat istnienia uczelnie te nie zdołały wykształcić swojej kadry, tzn. chów wsobny nie został jeszcze ukończony, ale jest na dobrej drodze. Polityka tych uczelni nawiązuje do polityki wiekowych uczelni. O innych sposobach rekrutacji kadr wcale się nie myśli. Wypożyczanie okresowe kadr – tak, rekrutacja nie-swoich na drodze autentycznych konkursów – nie. 
Jak upłynie trochę lat i te uczelnie będą się opierać na swojej kadrze, a kariery od studenta do rektora na tej samej uczelni będą także dla nich wzorcowe. Taki system jest u nas utrwalany i po uchwaleniu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym będzie panował na wieki Wprowadzane przez ustawę zmiany mają charakter jedynie kosmetyczny, gdyż to co najważniejsze pozostanie jak jest. Niektórzy twierdzą, że reform nie można przeprowadzić od zaraz, że na to potrzeba czasu, trzeba nowego pokolenia. Tymczasem od obalenia komunizmu upłynęło 15 lat, a obecne na uczelniach nowe pokolenie przejmuje obyczaje swoich poprzedników – chów wsobny nadal obowiązuje. Ludzie zdolni i przedsiębiorczy realizują się z dala od tych skansenów PRLu. 

Pseudokonkursy tylko dla swoich 

Rektorzy i inni zwolennicy obecnego systemu , twierdzą że system amerykański nie jest dla nas – bo na konkursy u nas zgłasza się tylko jedna osoba a w USA nawet setki. Jest to jednak kosmiczna wręcz hipokryzją!!!! To rektorzy (dziekani) za to odpowiadają organizując pseudokonkursy dla obsadzenia etatu przez osobę wcześniej wybraną na zwycięzcę według kryteriów dostosowanych nie do potrzeb etatu tylko do potrzeb i osiągnięć tej konkretnej osoby, często wg kryteriów genetycznych ( w takiej genetyce jesteśmy silni !). Na wszelki wypadek ogłoszenia o takich konkursach wywieszane są zwykle tylko obok dziekanatu. 
Czemu ogłoszenia na etaty standardowo nie są zamieszczane w ogólnopolskich czasopismach (takie ogłoszenia to jedynie wyjątki !) lub w internecie na jakimś ogólnopolskim portalu np. Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego tak aby istniała ogólnie dostępna tablica ogłoszeń – tego obrońcy obecnego systemu nie tłumaczą. Tak jakby się bali aby na etaty nie zgłaszało się więcej niż jedna upatrzona osoba, i żeby nadal był argument przeciwko wprowadzeniu u nas systemu anglosaskiego. 
Trzeba przy tym zaznaczyć, że nawet gdyby ktoś przypadkowo poinformowany ale niepowołany odważył się zgłosić na taki pseudokonkurs to i tak nie ma żadnych szans. Jeśli ma wiele więcej lepszych publikacji i większe osiągnięcia edukacyjne to i tak gorzej spełnia wymagania stawiane kandydatom bo te w sposób wręcz idealny spełnia tylko wybrany wcześniej zwycięzca. Niepowołany do wygrania śmiałek, może być co najwyżej najlepszy abstrakcyjnie, ale konkretnie najlepszy jest ten kto wygrał już przed ogłoszeniem konkursu. 
Taki sposób rekrutacji kadr akademickich zapewnia i utrwala niemobilność systemową. 

Rzadko spotykane próby mobilności są wręcz karane. Zmiana ośrodka jest podejrzana. Znaczy, że ktoś był słaby albo konfliktowy więc należy się go wystrzegać. Im więcej ma znanych publikacji, im bardziej znane osiągnięcia edukacyjne tym gorzej dla takiego nieudacznika. Udacznikami są ci, którzy ośrodków nie zmieniają, co świadczy o ich wartości i lojalności tak wysoko cenionej przez decydentów. 
Pogląd o tym, że jak ktoś jest dobry to wszędzie znajdzie pracę a inni się będą o niego bili nie ma pokrycia w faktach. Tak się dzieje poza Polską. W Polsce jest inaczej. O dobrych nikt się nie bije, dobrych się bije. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

Wieloetatowe chałturzenie 

Profesorowie są zakorzenieni w jednej uczelni, na której robili karierę i co daje im prestiż oraz przysługujące wynagrodzenie bez potrzeby weryfikacji ich pracy (czy niepracy) ale jednocześnie jeżdżą od miasta do miasta, od uczelni do uczelni dla zapełnienia kieszeni. Fakt, że nie wszyscy muszą tak jeździć. Profesorowie zręcznościowi, którzy mają dobre układy z częstej peregrynacji mogą być zwolnieni dostarczając punktów dla ocen PKA. 
Nasz system akademicki jest bardzo precyzyjny i nie wymaga pracy, lecz jedynie dostarczania punktów dla uczelni. Jeśli ktoś dostarcza wielu punktów pracować nie musi, albo bardzo niewiele. Układ jest prosty – uczelnia ma punkty, profesor ma pieniądze i obie strony są zadowolone. Jeśli się ma taki układ na kilku uczelniach, które u nas rosną jak grzyby po deszczu, to i kieszeń można nabić bez większego wysiłku. Wielu „sklonowanych profesorów” znaleźć można tylko na liście płac. 
Jak wyglądają te wysoko punktowane usługi profesorów zręcznościowych można na ogół poczytać na niezależnych forach internetowych. Serwują zwykle bubel edukacyjny bo nie mają ani czasu na pracę naukową, ani na czytanie literatury światowej, ani na czytanie prac bardzo licznych magistrantów. Nie są w stanie wykrywać plagiatów, o ile w ogóle są taką działalnością zainteresowani. Przekazują studentom kult bylejakości i uczą chałturzenia. 
Wieloetatowość profesorów kontrastuje z bezetatowością coraz liczniejszych doktorów. 
Ale za doktora choćby najlepszego uczelnie mają mało punktów, za profesora choćby najgorszego – wiele. Stąd uczelnie wolą profesorów. Jak nie zatrudnią aktywnych doktorów to bubel profesorski nie będzie tak widoczny. Nie będzie kontrastu, który by zakłócał tą systemową fikcję edukacyjną. System działa bardzo sprawnie stąd doktorom pozostaje jedynie nomadyzm zagraniczny. U nas nie mają szans, chyba że mają układ z profesorem i odwalają za nich robotę, za marne ochłapy z pańskiego stołu. 
Jedynym wyjściem z sytuacji byłaby likwidacja tytułu profesorskiego z prezydenckiego namaszczenia, który daje jego posiadaczom tak silną kartę przetargową dla uczelni. Nie może być tak, by bezproduktywny profesor był wyżej ceniony przez uczelnię od genialnego nawet doktora. Stanowisko profesora powinno być po prostu obsadzone przez najzdolniejszego kandydata ze stopniem doktora, gdyby zaś taka osoba przestała być produktywna naukowo powinna to stanowsiko stracić by uczynić miejsce młodszym i zdolniejszym. 

Nomadyzm etycznie wymuszony 

Wieloetatowość profesorów stwarza jednakże konkurencję dla uczelni państwowych ze strony uczelni prywatnych. Stąd uczelnie państwowe wprowadzają jej ograniczanie. Określają. że wykładanie na uczelniach w tym samym mieście jest etycznie naganne, gdy natomiast wykładanie w różnych miastach – nie. Stąd mobilność wymuszona zostaje etycznie. Żeby być etycznym trzeba się przemieszczać do miast nieraz odległych. Tym sposobem interesy zasadniczo niemobilnych zostają zabezpieczone, a i etyczność mobilnych ekonomicznie zostaje ocalona. Nie ma mowy jednak o ocaleniu poziomu badań i edukacji. 

Inną formą jest mobilność wymuszona skutkami plagiaryzmu, dość powszechnego i wśród profesorów. Profesor przyłapany w jednej uczelni na plagiatach nie zawsze może w niej pozostać. Jeśli plagiatował wiele razy zdarza się, że ponosi konsekwencje takich czynów. Konsekwencje są u nas jednak osobliwe. Prosi się go o opuszczenie swojej uczelni, ale może się przenieść na inną uczelnię. Ktoś kto był nieuczciwym w jednej uczelni, w innej może dawać przykład innym. 
W USA plagiatowanie wyklucza ze środowiska akademickiego, w Polsce jedynie wymusza mobilność. Nikt nie odbiera autorom plagiatów tytułów profesorskich lub habilitacji. Gdyby wzrosła u nas wykrywalność plagiatów, to i wzrosła by mobilność kadr akademickich. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ! Niestety tylko nieuczciwym. Uczciwi za karę muszą się trzymać swoich uczelni. 

Co zmienić w systemie ?

Nie ma chyba wątpliwości dla każdego rzeczywiście zatroskanego o stan nauki i edukacji w Polsce, że ten patologiczny system należy zmienić. Chów wsobny powoduje, że uczelnie – nawet te najlepsze – zapadają na nieuleczalne, permanentne schorzenia. Nepotyzm, klikowość, korupcja, brak krytyki naukowej, negatywna selekcja kadr, rządy samych swoich – to tylko kilka przykładów tych schorzeń. Trzeba podjąć radykalne kroki. Konieczne jest wprowadzenie programu ochrony różnorodności akademickiej.

Trzeba by wprowadzić ustawowo zakaz zatrudniania w uczelniach swoich wychowanków w ciągu co najmniej 5 lat po ukończeniu doktoratu, podobnie jak rzecz ma się w Niemczech. Tym samym ktoś, kto ukończył studia na jednej uczelni zakończone doktoratem obronionym przed komisją ogólnopolską a najlepiej międzynarodową, byłby zmuszony do mobilności – do pracy w innych ośrodkach naukowych- i nie wcześniej niż po 5 latach gdyby zechciał mógłby się ew. starać o miejsce na swojej macierzystej uczelni w ramach otwartego, a z reguły międzynarodowego konkursu. Oczywiście zarobki takiej osoby muszą umożliwiać przeprowadzkę do innego miasta i rozwiązanie problemu mieszkania.
Wprowadzenie otwartych rzeczywistych konkursów – zamiast obecnych fikcyjnych, rozpisywanych w ramach chowu wsobnego – wymusiłoby mobilność kadry naukowej, która bez doświadczeń z innych ośrodków nie miałaby szans powrotu na swoja macierzystą uczelnię.
Obsadzanie etatów w szkołach prywatnych winno się odbywać na podobnych zasadach. Likwidacja wieloetatowości zmusiłaby uczelnie do zatrudniania kompetentnych jednoetatowców, do obsadzania stanowisk według kwalifikacji a nie według ‘tytułów’ u nas od poziomu merytorycznego i etycznego niezależnych. Wieloetatowość w takiej postaci jak występuje w Polsce nie istnieje w USA, gdyż trudno sobie wyobrazić by ktoś mógł godzić obowiązki pracy w jednej uczelni z pracą w drugiej, konkurencyjnej placówce. Jednakże niezbędnym warunkiem usunięcia wieloetatowości oraz robienia rozmaitych chałtur przez naukowców jest po pierwsze wynagrodzenie umożliwiające życie na przyzwoitym poziomie z jednego etatu, a po drugie powiązanie wysokości tego wynagrodzenia z osiągnięciami naukowymi i dydaktycznymi.
Taki system winien działać na rzecz likwidacji uczelni obliczonych na kasowanie kasy przez profesorskich nomadów i na kasowanie dyplomów przez niedouczonych studentów pozbawionych rzeczywistego kontaktu ze środowiskiem naukowym.

Józef Wieczorek, Kraków
Cezary Wójcik, Dallas
 

Oryginalny tekst zgłoszony do druku w Forum Akademickim. Wersja opublikowana w FA nr 12, 2004 – Nomadyzm niemobilnych patrz artykuł 

Komentarze do „Nomadyzm niemobilnych, czyli historia naturalna polskiego naukowca”
Projekt rozporządzenia – doprecyzowanie – 2006-08-26 06:59:54
Jeżeli ktoś chce robić doktorat za granicą na koszt polskiego podatnika, to powinien byćstypendystą rządu polskiego, a nie protegowanym, dzieckiem lub kochanką lokalnego kacyka, którego uczelnia finansuje kosztem innej działalności. Jeżeli ktoś chce prowadzić dydaktykę na zagranicznej uczelni, to albo jest na tyle dobry, że ta uczelnia go chce i ponosi koszty jego utrzymania, albo niech nie wyciąga łapy po budżetowe pieniądze. Zamiast wydawać pieniądze na dydaktyczną turystykę, każdej uczelni bardziej opłaci się przeznaczyć je na zaproszenie zagranicznej sławy naukowej, by przeprowadziła cykl wykładów dla pracowników i studentów. To rozporządzenie to zachęta do wyrzucania pieniędzy w błoto.Bardzo dobry temat na interpelację poselską.
autor: ~khmara
Jeszcze o projekcie – 2006-08-26 06:31:47
Projekt rozporządzenia daje możliwość wypłacania stypendium doktorantowi polskiej uczelni, który odbywa studia doktoranckie za granicą. Bardzo mnie interesuje, z jakiego funduszu takie stypendium miałoby być wypłacane. A czy nie bardziej by się opłacało uczelni zatrudnić na podstawie konkursu kogoś, kto obronił pracę doktorską na zagranicznej uczelni bez takiej pomocy? Raz, byłoby dla uczelni taniej, dwa – jakość takiej inwestycji byłaby lepiej kontrolowana. Nie mam nic przeciwko stypendiom dla polskich doktorantów, które pokryją czesne za granicą, ale w zdrowym systemie to nie polska uczelnia powinna takie stypendia przyznawać. Niechże to będzie konkurs dla najlepszych kandydatów z całej Polski, a nie kasa dla pociotków.
autor: ~khmara
karalność mobilności – 2006-08-26 05:22:58
cytat z art:’Rzadko spotykane próby mobilności są wręcz karane. Zmiana ośrodka jest podejrzana. Znaczy, że ktoś był słaby albo konfliktowy więc należy się go wystrzegać. Im więcej ma znanych publikacji, im bardziej znane osiągnięcia edukacyjne tym gorzej dla takiego nieudacznika. Udacznikami są ci, którzy ośrodków nie zmieniają, co świadczy o ich wartości i lojalności tak wysoko cenionej przez decydentów. ‚ w następstwie natychmiastowy atak i oskarzania także na tle mobilnosci potwierdzający zasadnośc tezyhttp://www.nfa.pl/news.php?id= 46 http://www.nfa.pl/articles.php ?id=42
autor: ~Józef Wieczorek
Dekretowana mobilność cd – 2006-08-26 05:03:58
Mobilnosc a otwarte konkursy – powtorzenie moich argumentow z czerwca 2005 [url=http://www.nfa.pl/skoment uj.php?what=news&id=97]ust awowe przyczyny nieefektywnosci – 03-06-2005 13:48[/url] Jeszcze jeden dowod, ze ustawa, ktora sankcjonuje kariere od studenta po rektora na tej samej uczelni jest jedna z podstawowych przyczyn nieefektywnosci nauki polskiej. Poslom ku rozwadze Polecam osttani Newsweek 22/2005 str.70 (…) Okazalo sie, ze zespoly tworcow, ktore odniosly najwiekszy sukces, charakteryzowaly sie dwiema cechami. Po pierwsze, byly zroznicowane, skladaly sie z osob doswiadczonych jak i nowicjuszy. To nic zaskakujacego – potrzeba siegania po swieza krew od dawna uwazana byla za wazny skladnik sukcesu. Mniej oczywiste bylo drugie kryterium powodzenia. Wspolny mianownik zwycieskich zespolow stanowilo przynajmniej kilku doswiadczonych tworcow, ktorzy nigdy przedtem ze soba nie pracowali . – zazwyczaj jest tak, ze ludzie chca pracowac ze znajomymi i przyjaciolmi – czyli z tymi, z ktorymi juz wczesniej cos realizowali. I wlasnie tu tkwi blad. (…) wiecej: Science vol. 308 29 April 2005, pp 697-702 Team Assembly Mechanisms Determina Collaboration Network Structure and Team Performance Roger Guimera, Brian Uzzi, Jarrett Spiro, Luis A. Nunes Amaral tymczasem u nas pokutuje kariera od studenta po rektora, zatrudnianie znajomych krolika i pociotkow, nieomylnosc wieloetatowa belwederskich a obecny projekt ustawy likwiduje wbrew Europejskiej Karcie otwarte konkursy. autor: ~itd
autor: ~itd
Dekretowana mobilność cd – 2006-08-26 04:41:32
Celem mobilnosci wydawalo by sie, ze powinno byc poznanie innego srodowiska, zapoznanie sie z inna metodologia pracy, a przede wszystkim docelowe stworzenie zespolow, ktore beda najbardziej efektywne w swoich dzialaniach. Przypominam swoja wypowiedz z [url=http://www.nfa.pl/skoment uj.php?what=news&id=97]ust awowe przyczyny nieefektywnosci – 03-06-2005 13:48[/url], ktora opiera sie na wynikach badan opublikowanych w Science Science vol. 308 29 April 2005, pp 697-702 Team Assembly Mechanisms Determina Collaboration Network Structure and Team PerformanceRoger Guimera, Brian Uzzi, Jarrett Spiro, Luis A. Nunes Amaral Tymczasem projekt rozporzadzenia bedzie mial moim zdaniem dokladnie odwrotny skutek. Delegowanie przez macierzysta jednostke wzmocni nepotyzm i spowoduje dalszy zanik wszelkiej krytyki i przymykanie oczu na patologie. Budiesz ticho, dalsze jediesz bedzie mialo juz rzeczywisty wymiar jak to opisuje khmara 😦 Kiedy wreszcie politycy zrozumieja, ze polskie srodowisko akademickie jak powietrza potrzebuje wymuszonej rotacji geograficznej – inaczej zawsze beda rzadzily lokalne uklady kolesiow od studiow i panowal nepotyzm. Proponowane zas obecnie wymuszenie mobilnosci ‚on leave’, czyli prtzy utzrymaniu zatrudnienia tylko wzmocni lokalne uklady i poprawi CV lojalnej grupy BMW za pieniadze podatnikow!!!
autor: ~itd
Dekretowana mobilność – 2006-08-25 16:59:08
Wprowadzenie tego rozporządzenia w życie w takiej formie, jak zaproponowano, stwarza nieograniczone możliwości najróżniejszych nadużyć, czemu sprzyja brak jakiejkolwiek kontroli zasadności wydatkowania środków na naukę, będących w dyspozycji uczelni. Najpiękniejszy jest: § 7. Osobom kierowanym za granic w celu podejmowania i prowadzenia działalnoci dydaktycznej jednostka kierujca moe przyznać 1) ryczałt na pokrycie kosztów utrzymania i zakwaterowania – w wysokości nie przekraczającej 150 % stawki dodatku zagranicznego bazowego ustalonego dla państwa, do którego osoba jest kierowana, zgodnie z przepisami, o których mowa w § 4 pkt 1. 2) zwrot kosztów podróy do miejsca prowadzenia zaj dydaktycznych i z powrotem, jeden raz w ciągu roku akademickiego; 3) zwrot kosztów zakupu polisy ubezpieczeniowej na wypadek choroby lub następstw nieszczęśliwych wypadków; 4) zwrot opłat wizowych. Czyli jedzie sobie ktoś jako visiting professor, na miejscu mu płacą pensję, a dodatkowo polska uczelnia opłaca koszta zakwaterowania i utrzymania, podróż i co tam jeszcze. Poza tym § 7 to wspaniały pomysł na finansowanie wczasów w Hiszpanii – wystarczy tylko wygłosić jeden wykład na jakimś prowincjonalnym uniwersytecie, a potem dwa tygodnie na plaży!!!
autor: ~khmara
kierowanie za granice – 2006-08-25 14:17:12
Mobilnosc zadekretowana rozporzadzeniem – oto co nam szykuje MNiSW – patrz [url=http://www.nfa.pl/skoment uj.php?what=article&id=210 ]Prace legislacyjne MNiSW – 23-08-2006 20:48[/url] Wlasciwie to nawet szkoda slow na komentarz 😦 Tymczasem ja osobiscie uwazam mobilnosc za podstawowy warunek wyjscia polskiej nauki i szkolnictwa wyzszego z totalnej zapasci. Obecnie na danej uczelniwszyscy sa ze soba powiazani od studiow po grobowa deske – jest to klasyczny przyklad na tak podobno zwalczany przez PiS uklad. Osobiscie uwazma, ze kwestie systemowe dotyczace kolejnych stopni w karierze naukowej i tytulow sa wtorne w stosunku do lokalnych ukladow uczelnianych. Uklad bedzie dzialal we wlasnym interesie przy kazdym systemie jezeli sie go z zewnatrz nie rozbije. To rozbicie jest mozliwe tylko poprzez: 1. zarzadzanie srodkami pienieznymi przez menedzerow/rektorow z zewnetrznych konkursow – 2. nie zatrudnianie bezposrednio po zdobyciu dyplomu lokalnych magistrantow i doktorantow. To wlasnie dla nich powinno MNiSW przygotowac system stypendialno/grantowy, ale przyznawany metoda ogolnopolskich konkursow!!!
autor: ~itd
Ludzie się organizują i powołują na NFA – 2005-02-08 17:41:46
Doktoranci na wydziale Chemii UAM w Poznaniu postanowili już dłużej nie czekać na to, co przyniesie im los i postanowili wziąć sprawy swoje ręce. Liczna, niemal 90-cio osobowa grupa doktorantów, jedna z największych na tym uniwersytecie organizuje się. Po długim okresie bezosobowego istnienia powołano w ciągu kilku kolejnych zebrań reprezentację doktorantów (1 przewodniczący i 2 zastępców, docelowo trzech) która będzie prezentować władzom dziekańskim stanowisko doktorantów w sprawach ich dotyczących.http://www.rnd.arkiva.pl/showp ost.php?id=1&rodzaj=list Problem ustawy o szkolnictwie wyższym jest dyskutowany m.in. na tej stronie http://www.nauka-edukacja.p4u. pl/index.php (którą gorąco polecam, bo demaskuje różne patologie polskiego środowiska naukowego) i nie wygląda on za ciekawie – z powodu braku dekomunizacji na uczelniach „towarzysze” nadal budują tam 14 republikę radziecką. Oczywiście, nie korzystamy z oficjalnej striony UAM (nasze działania zostały przyjęte z bólem na twarzy Dziekanów i wielu profesorów, a prof. przewodnicząca komisji wyborzcej nie chciała, żeby wydrukowano i ogłoszono oficjalne listy z wynikami wspomnianych wyborów, był to pewnie prikaz z góry, ale w końcu musiała…)
autor: ~Ewa Kostarczyk
Zachod nie jest jednolity – 2005-01-30 14:36:15
Zachod nie jest jednolity. Mobilizm jest preferowany głownie w Stanach ktore są bardziej zachodnie od Anglii. Ciekawe dlaczego Polska tak zapatrzona na USA w nauce bardziej się trzyma systemu wschodniego. Przeciez dyrektywy z Moskwy nas juz nie obowiązuja. Siła przyzwyczajenia ?
autor: ~Józef Wieczorek
a jednak preferencje – 2005-01-30 13:12:32
to prawda, ze czesto na zachodzie preferuje sie osoby, ktore zmieniaja osrodek naukowy i jest to korzystne zjawisko, bo w czasie konkursu wybiera sie po prostu najlepszego; ale nie jest prawda, ze jest to regula; na takich uniwersytetach jak Oxford czy Cambridge wieksza szanse pozostania na uczelni ma osoba, ktora jedna z tych uczelni skonczyla tak wiec preferencje dla miejscowych istnieja; — a w Nowej Hucie nadal bandytyzm
autor: ~eeeee
podaj: imię
e-mail
temat
treść

© 2007 NFA. Wszelkie prawa zastrzeżone.