List do NFA : Moje doświadczenia z CK

Jerzy Nakiela

List do NFA : Moje doświadczenia z CK 
2007-03-23
Szanowny Panie Profesorze 

Jestem niezmiernie wdzięczny Panu Profesorowi za stworzenie Niezależnego Forum Akademickiego. W pełni zgadzam się z treścią listu pt:, „Dajemy szansę?” przesłanego do Prof. Janusza Tazbira – Przewodniczącego Centralnej Komisji ds. Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych. Czytając ten list, jak również artykuły Prof. Piotra Jaroszyńskiego z cyklu „W kolejce po tytuł” – czuję , że odzyskuję równowagę ciała i ducha, zaczynam stać pewnie na nogach. 
Chciałbym przedstawić moje doświadczenie z CK, gdzie w 1991r moje epokowe odkrycie naukowe w dziedzinie otoneurologii, w sposób kapturowy, przy rażącym złamaniu obowiązującego prawa, zostało zamordowane. 

Jestem absolwentem Wojskowej Akademii Medycznej z 1969r. Do partii politycznych przed 1998r i po 1998r nigdy nie należałem. W 1980r mocno zaangażowałem się w ruch społeczny „Solidarność”. Rozpoczynając specjalizację z otolaryngologii w Klinice Laryngologicznej WAM w Łodzi pod kierunkiem Prof. Borsuka, w ramach badania układu równowagi zetknąłem się z bardzo trudnymi problemami otoneurologii klinicznej. Pomimo rozwoju tej dyscypliny od prawie 200 lat, to nieznane są podstawowe wiadomości z zakresu fizjologii i patologii błędnika i móżdżku. Od tej pory zacząłem naukowe szperanie po zakątkach układu równowagi. Koniecznie chciałem znaleźć wytrych lub szyfr pozwalający na odkrycie tajemnic tego zmysłu. Zgodnie ze słynnym stwierdzeniem Maxwella – cyt. „aby młodzi naukowcy nie bali się burzyć utartych prawd, uznanych autorytetów”– rozpocząłem badania w dziedzinie otoneurologii od podstaw, czyli uprawiałem naukę sensu stricto. W założeniach uznałem, że podstawą rozszyfrowania tego układu będzie dokładne poznanie odruchów przedsionkowo-móżdżkowo-rdzeniowych w izolowanych uszkodzeniach błędnika i półkul móżdżku. W oparciu o obserwacje poczynione przez Ewalda w 1892r, wymyśliłem własną próbę dynamiczną, wahadłowego chodu w miejscu do diagnostyki uszkodzeń błędników i móżdżku. Pierwszy etap dotyczył oceny przydatności mojego testu w diagnostyce uszkodzeń obwodowych narządu równowagi, czyli błędnika. W 1978r uzyskałem stopień doktora nauk medycznych w WAM pod kierunkiem Prof. Latkowskiego na podstawie rozprawy „Badania nad przydatnością zmodyfikowanego testu Unterbergera w określaniu zmysłu równowagi”. W tamtym czasie mój Promotor nie wyraził jeszcze zgody na określenie –„moja próba dynamiczna”. W dalszych pracach publikowanych w literaturze naukowej test ten znajduje się już pod nazwą „własna próba dynamiczna”. Dalszy etap moich badań dotyczył oceny sprawności układu równowagi u chorych z izolowanymi uszkodzeniami półkul móżdżku. 

Moje wyraźne kłopoty zaczęły się, kiedy zdecydowałem publikować prace pod szyldem własnej Pracowni Elektronystagmograficznej przy ZOZ w Tomaszowie Maz, firmując je własnym nazwiskiem. Wszystkie moje prace w dziwny sposób trafiały do recenzji do Prof. G. Janczewskiego, Kierownika Kliniki Laryngologicznej AM w Warszawie. Pan Prof. Janczewski był redaktorem naczelnym podręcznika (praca zbiorowa) – „Otoneurologia kliniczna”. Wszystkie moje prace Prof. Janczewski ocenił negatywnie i wyraźnie chciał mnie zniechęcić do pisania prac naukowych. W recenzjach Pan Prof. Janczewski użył takich sformułowań -„praca nie na poziomie,- praca nie zawiera oryginalnych wyników naukowych, – pracę odrzucić, – nie obniżać poprzeczki itp. Dzięki mojej dojrzałej dyskusji merytorycznej z redakcjami czasopism naukowych, wszystkie moje prace zostały przyjęte do druku w kraju i zagranicą. Po zmianie sytuacji politycznej w kraju w 1989r uznałem, że jest odpowiedni moment do przedstawienia swojej rozprawy habilitacyjnej na temat „Badania nad sprawnością układu równowagi po uszkodzeniach półkul móżdżku (studium kliniczne)”.Termin kolokwium habilitacyjnego został wyznaczony na 20.11.1990r. Do Wojskowej Akademii Medycznej wpłynęły trzy dobre recenzje. Nie obawiałem się o obronę pracy w WAM, ale obawiałem się o jej dalsze losy w Centralnej Komisji, dlatego zdecydowałem się wyjść z podziemia naukowego i ujawnić wartość swoich odkryć w wykładzie habilitacyjnym, aby nikomu nie przyszło do głowy odrzucić mój dorobek naukowy. Na trzy dni przed moim kolokwium habilitacyjnym przedstawiłem mojemu opiekunowi naukowemu Panu Prof. Bożydarowi Latkowskiemu trzy tematy wykładów, które przygotowałem do wygłoszenia na Radzie Wydziału w trakcie kolokwium habilitacyjnego. Jeden z nich po wyborze przez Radę Wydziału miałem wygłosić na osobnej części, w trakcie kolokwium habilitacyjnego. Ponieważ Pan Prof. Latkowski jest autorem rozdziału pt: „Próby obrotowe” w podręczniku„Otoneurologia kliniczna” pod redakcją Prof. G.Janczewskiego, postanowiłem mojemu opiekunowi przedstawić to zagadnienie w oparciu o moje odkrycia funkcjonowania układu przedsionkowo-móżdżkowego. Do tej pory w pobudzeniach kinetycznych obowiązuje teoria Ledouxa, która mówi, że za wywołanie reakcji podczasobrotowej odpowiedzialny jest jeden błędnik, ten w kierunku, którego dokonuje się obrót. Ja udowodniłem, że za wywołanie reakcji podczasobrotowej i poobrotowej w warunkach fizjologicznych odpowiedzialne są w równym stopniu oba błędniki. Kiedy wyjaśniałem Panu Prof. Latkowskiemu zasady działania układu przedsionkowo-móżdżkowego w pewnym momencie Pan Prof. Latkowski zbladł, rzucił dokumenty na stół i powiedział – proszę Cię nie wygłaszaj tych rzeczy i nie publikuj, bo Cię zniszczą i zjedzą. Odpowiedziałem spokojnie, Panie Profesorze to ja sam będę się bronił. Pan Prof. Latkowski odpowiedział, rób jak chcesz, ale był ogromnie zdenerwowany. W tym momencie nie zdawałem sobie sprawy, że w nauce działa mafia, grupa trzymająca władzę, ma swoje wpływy i przywileje i nikt inny, niezależny nie może jej zagrażać. Epokowe odkrycie w nauce niszczy ich byt, obnaża wartość Ich dorobku naukowego. W dniu 20.11.1990r odbyło się kolokwium habilitacyjne, które przez Radę Wydziału Lekarskiego Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi w głosowaniu tajnym zostało ocenione bardzo dobrze. Rada Wydziału Lekarskiego WAM wybrała wykład pt:„Układ przedsionkowo-móżdżkowy wg. najnowszych badań i interpretacji autora”. Również wykład w głosowaniu tajnym oceniony został bardzo dobrze. W wykładzie habilitacyjnym przedstawiłem również doświadczalny model, gdzie za pomocą asymetrycznych bodźców z ciepłą i zimną wodą można u ludzi zdrowych symulować uszkodzenie błędnika i półkuli móżdżku. 

Doświadczenia z asymetrycznymi bodźcami potwierdzają wiarygodność odruchów przedsionkowo-móżdżkowo-rdzeniowych w klinicznych, izolowanych uszkodzeniach błędnika i móżdżku i potwierdzają również wartość własnej próby dynamicznej w diagnostyce tych uszkodzeń. Chcąc zabezpieczyć się przed możliwością późniejszych kłamstw, w dziale dokumentacji naukowej WAM zamówiłem nagranie filmowe z przebiegu całej habilitacji. W trakcie kolokwium habilitacyjnego udzielając odpowiedzi na zadawane pytania dotyczące problemu habituacji czy zjawiska przewagi kierunkowej, posłużyłem się moimi nowymi teoriami, opartymi o znajomość funkcjonowania układu przedsionkowo-móżdżkowego, nigdzie dotąd nie publikowane i nie znane w literaturze otoneurologicznej. Po zakończeniu całego procesu związanego z habilitacją Rada Wydziału Lekarskiego prawie jednogłośnie nadała mi stopień doktora habilitowanego. Po miesiącu dokumenty zostały przesłane do Centralnej Komisji do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych w Warszawie. Zgodnie z ustawą z dnia 12 września 1990r, o tytule naukowym i stopniach naukowych ogłoszonej w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej z dnia 27.09.1990r Centralna Komisja rozstrzyga o zatwierdzeniu uchwały w terminie sześciu miesięcy od dnia otrzymania uchwały. Minął rok a ja nie otrzymałem żadnej decyzji. Dopiero w styczniu 1992r otrzymałem decyzję informującą mnie, że CK odmówiła zatwierdzenia uchwały Rady Wydziału Lekarskiego WAM w Łodzi z dnia 20.11.1990r o nadaniu Jerzemu Nakieli stopnia doktora habilitowanego. Decyzję podjęto w oparciu o jedną negatywną recenzję napisaną przez Prof. G. Janczewskiego. Informację otrzymałem na adres domowy wraz z recenzją napisaną przez Prof. Janczewskiego. Byłem wzburzony i wstrząśnięty, ponieważ nie była to merytoryczna recenzja naukowa, ale w przemyślny sposób spreparowane pismo. Kulisy tego wydarzenia opisuję w odwołaniu do CK. Na moje odwołanie nie otrzymałem z CK żadnej odpowiedzi. Pan Prof. Janczewski nie przedstawił żadnych zarzutów merytorycznych, bo dobrze wiedział, że takich nie może przedstawić. Zatem uwagi skierował do Recenzentów powołanych przez Radę Wydziału Lekarskiego WAM. Na początku opinii Pan Prof. Janczewski napisał-cyt.„W ocenach habilitacji Recenzenci dość nieśmiało wytykając dość istotne braki pracy, a zwłaszcza jej założenia, metodykę wykonywania i interpretacje wyników doszli jednak do wniosku, że wysoki stopień trudności rozwiązywania zadania postawionego sobie przez Autora praktycznie rzecz biorąc nie mającego warsztatu pracy do jego rozwiązywania, usprawiedliwia ich wniosek uhonorowania wysiłków i trudów Kandydata nadaniem mu stopnia doktora habilitowanego nauk medycznych”. Są to czyste kłamstwa.

Nie wyobrażam sobie recenzji, w której Recenzent wytyka założenia pracy, metodykę wykonywania i interpretację wyników i na koniec stawia wniosek o dopuszczenie habilitanta do dalszych etapów przewodu habilitacyjnego. Co to znaczy nie mającego warsztatu pracy do jego rozwiązywania?- o jaki warsztat chodzi, tego Pan Prof. nie podaje, interesujące stwierdzenie. Ja mogę odpowiedzieć krótko, że wykonywałem wszystkie testy jakie były niezbędne do rozwiązywania problemu naukowego o najwyższym ciężarze gatunkowym. A więc i te, których w Polsce się nie wykonywało (np. jednotermiczny, różnicujący test kaloryczny Toroka). Ja nie żądam litości od Recenzentów, żądam tylko uczciwości i etyki. Sądzę, że każdy Recenzent pisze swoją opinię w oparciu o wiedzę i sumienie, inne czynniki uważam, że nie powinny mieć miejsca. Wiedzy, co jak wiemy nie zawsze oznacza największej wiedzy, bez prawa uciekania się do złośliwości i kłamstwa. Może Panu Profesorowi chodziło o fotele elektronicznie sterowane do wykonywania testów kinetycznych, komputery itp. Pracowałem również w oparciu o taki sprzęt (Instytut Medycyny Pracy w Łodzi), ale testy te jak wcześniej publikowałem mają ograniczoną wartość diagnostyczną. W pracy habilitacyjnej stosowałem pobudzenia kinetyczne o przebiegu wahadłowym. W artykułach naukowych pochodzących ze słynnych laboratoriów labiryntologicznych, rzadko spotyka się obecnie opracowania naukowe w oparciu o testy kinetyczne. Podstawowymi testami przedsionkowymi do badania reakcji oczopląsowej są próby kaloryczne. Cieszy mnie bardzo, że chociaż jeden etap (ten najważniejszy) na mojej drodze naukowej ocenił Pan Profesor pozytywnie tj. przebieg kolokwium habilitacyjnego. Ale martwi mnie jednocześnie ogromnie fak, ż nie wspomina Pan Prof. G. Janczewski nic o wykładzie habilitacyjnym. A pamiętam dobrze (mam to nagrane na kasecie video), że była to oddzielna część, po której Rada Wydziału głosowała w sposób tajny, zaakceptowała w całości moje odkrycia naukowe. Zatem tytuł naukowy doktora habilitowanego nauk medycznych Rada Wydziału Lekarskiego WAM nadała mi w oparciu o dorobek naukowy, kolokwium habilitacyjne (burzliwa i szeroka dyskusja) i wykład habilitacyjny. Po przedstawieniu recenzji Prof. Janczewskiego na forum sekcji medycznej CK nie było żadnej dyskusji (posiadam protokół). Na temat wykładu habilitacyjnego nie ma również wzmianki w ukrytej, pozytywnej opinii napisanej przez Superrecenzenta Prof. B. Semczuka z Lublina. Nie wiem co o tym sądzić, czy wykład celowo został usunięty z dokumentów przesłanych do Centralnej Komisji. Takiego odkrycia nie dokonano w słynnych i skomputeryzowanych pracowniach najbogatszych państw świata, ale w skromnej Pracowni Elektronystagmograficznej w Tomaszowie Maz., gdzie państwo i różne ministerswa nie wydały na te badania żadnej złotówki. I jak się mają te słowa pisane przez Pana Profesora, że praca nie wnosi wkładu w rozwój nauki o patologii narządu równowagi. Śmieszne wydają się te próby pisania opinii w fałszywym świetle. Pan Profesor mógł sprytnie oszukać członków Komisji Centralnej, którzy na tych trudnych zagadnieniach kompletnie się nie znają. Ale kłamstwo to ma jak widać krótki żywot. Chcę wspomnieć, że te 30 prac, które opublikowałem z zakresu otoneurologii, to jest właśnie tyle ile trzeba było napisać, żeby poznać dokładnie i wnikliwie odruchy okulomotoryczne, odruchy przedsionkowo-oczne i przedsionkowo móżdżkowo-rdzeniowe u chorych z obwodowymi uszkodzeniami narządu przedsionkowego i u chorych z uszkodzeniami półkul móżdżku. Tej wiedzy po prostu nie było ani w artykułach naukowych, ani w podręcznikach otoneurologii czy fizjologii. I ta wiedza, którą sam zgromadziłem pozwoliła mi ostatecznie na tego typu odkrycie naukowe. Tu jest ostateczna odpowiedź dla Pana Prof. Janczewskiego, że wytyczony kierunek moich badań był słuszny, a więc założenia pracy, metodyka wykonywania i interpretacja wyników badań również była słuszna. 

Zawsze uważałem, że kluczem do poznania roli móżdżku w układzie równowagi jest błędnik. Zadanie postawione sobie przed laty rozwiązałem. Zajęło mi to 18 lat. Cóż to jest w porównaniu z prawie 200 latami rozwoju tej dyscypliny i tysiącami doktoratów i habilitacji, które zostały napisane i niezliczonej ilości konferencji, zjazdów i sympozjów poświęconych tym zagadnieniom. I jeszcze jedno chcę wybitnie podkreślić, gdyby nie było na początku własnej próby dynamicznej i poznania odruchów przedsionkowo-móżdżkowo-rdzeniowych w tej próbie, nie byłoby tych odkryć. Nie wiem jaką drogą odkryto by podstawy fizjologii i patologii błędnika i móżdżku i za ile lat by to nastąpiło. Pan Prof. Janczewski próbował w usta Recenzentów mojej pracy włożyć słowa, których nigdy nie wypowiadali. Piszą Oni zupełnie co innego, chociażby te słowa, które wypowiada na zakończenie opinii Pan Prof. A. Radek -cyt.„W moim odczuciu zarówno dorobek naukowy dr Nakieli, a zwłaszcza Jego praca habilitacyjna wykraczają poza ramy otoneurologii, stwarzając być może szansę na nowe spojrzenie na wzajemne reakcje neurofizjologiczne składowych układu równowagi tj. móżdżku, narządu przedsionkowego, narządu wzroku i rdzenia. Kończąc recenzję chciałbym podkreślić, że zarówno całokształt dorobku naukowego dr Nakieli, Jego konsekwentna dążność do rozwiązywania problemu i będąca jej wynikiem praca habilitacyjna ukazują dr Nakielę jako dojrzałego klinicystę i badacza, który w moim przekonaniu wnosi oryginalny i cenny wkład do otoneurologii klinicznej, a także do neurofizjologii”. Pragnę zaznaczyć, że recenzja ta była napisana przed wygłoszeniem mojego wykładu habilitacyjnego. Aby nauka prawidłowo mogła się rozwijać to oprócz odpowiednich autorów muszą być odpowiedni recenzenci. Trzeba pozwolić rozwijać się ludziom w każdych warunkach (nie tylko klinicznych), nie wolno zabijać swobody myślenia. Wiemy jakie osiągnięcia naukowe mają kraje w systemach totalitarnych a jakie w wolnych krajach demokratycznych. Każdy naukowiec ma własne pomysły i trzeba mu umożliwić ich realizację. Zrobię wszystko, aby prawda zwyciężyła, nie zgadzam się, aby wspaniali naukowcy, postępujący zgodnie ze swoim sumieniem, mam tu na myśli moich Recenzentów i Superrecenzenta oraz Grono Profesorów Rady Wydziału Lekarskiego mojej Alma Mater, ucierpiała na skutek fałszywych osądów i ocen. To co dla mnie wydawało się niemożliwe, stało się możliwe. To co stało się w Centralnej Komisji nie ma nic wspólnego z oceną poziomu prac naukowych. Wygląda na to, że głosowanie zależy od tego w jakim świetle superrecenzent przedstawi opinię o dorobku naukowym i wynikach badań habilitanta. I oto w sposób niejawny można ustalić, że złe jest dobre, lub dobre jest złe. W odwołaniu do Ck prosiłem o wyjaśnienie, dlaczego CK mając do dyspozycji trzy dobre recenzje, bardzo dobre głosowanie Rady Wydziału Lekarskiego WAM, nowe osiągnięcia naukowe w tej dziedzinie przedstawione w wykładzie habilitacyjnym i dobrą opinię Superrecenzenta Pana Prof. Bolesława Semczuka, nie zatwierdziła uchwały Rady Wydziału Lekarskiego WAM. Nadmieniam, że Superrecenzent Prof. B. Semczuk, Kierownik Kliniki Laryngologicznej AM w Lublinie przesłał recenzję do CK w maju 1991r, a więc w ustawowym czasie. Na zakończenie recenzji napisał – cyt.„Dobór Recenzentów w osobach 1) Prof. Stanisława Betlejewskiego, Kierownika Kliniki ORL AM w Bydgoszczy 2) Prof. Januszy Kubiczkowej, Kierownika Kliniki WIML w Warszawie 3) Prof. Andrzeja Radka, Kierownika Kliniki Neurochirurgicznej WAM w Łodzi – uważam za właściwy, a przebieg procesu habilitacyjnego za zgodny z przepisami. Podsumowując uważam, że zarówno dorobek naukowy jak i rozprawa habilitacyjna dr Jerzego Nakieli spełniają w sposób dostateczny warunki ustawy, dlatego też wnioskuję do Centralnej Komisji do Spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych o zatwierdzenie uchwały w sprawie nadania w/w stopnia doktora habilitowanego”

Pytałem się jakie jeszcze dodatkowe warunki trzeba spełnić aby Centralna Komisja zatwierdziła nadany mi stopień naukowy. Odpowiedzi nie otrzymałem. Nikt do tej pory nie zaprzeczył wiarygodności moich odkryć, choć zagadnienia te przed i po habilitacji przedstawiałem w gronie fachowców (wykład na posiedzeniu Łódzkiego Towarzystwa Otolaryngologicznego w 1991r, – na Zjeździe Laryngologów Wojskowych w Dusznikach Zdroju w 1992r, – na 30 światowych warsztatach poświęconych biologii ucha wewnętrznego w Budapeszcie w 1993r, – na XIV Krajowym Sympozjum Audiologicznym w Spale w 2003r, – Na III Konferencji Naukowo-Szkoleniowej Laryngologów w Łodzi w 2003r, – na zjazdach krajowych chirurgów głowy i szyi). Przedstawione moje nowe teorie wyjaśniające mechanizm kinetycznych i kalorycznych pobudzeń zawarte są w pamiętnikach zjazdów. Nowa teoria mechanizmu habituacji przedsionkowej została opublikowana w Lekarzu Wojskowym (Nr 5-6. 1993). Decyzja CK odmawiająca zatwierdzenia uchwały Rady Wydziału Lekarskiego WAM w Łodzi z dnia 20.11.1990r o nadaniu mi stopnia doktora habilitowanego jest błędna i sprzeczna z obowiązującym prawem. Zatem należy uznać ją za nieważną. CK złamała podwójnie ustawę z dnia 12.09. 1990r o Tytule Naukowym i Stopniach Naukowych oraz Statut Centralnej Komisji do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych. Pierwszy raz w artykule 17 p1, który mówi o zatwierdzeniu uchwały Centralna komisja rozstrzyga w terminie sześciu miesięcy od otrzymania uchwały.Termin ten CK przekroczyła dwukrotnie. Drugi raz CK złamała prawo w odniesieniu do artykułu 34 p 3, który mówi, że Sekcja Centralnej Komisji podejmuje decyzję po zasięgnięciu opinii co najmniej jednego recenzenta. Jeżeli co najmniej jedna opinia jest negatywna, sekcja powołuje recenzenta spoza składu Centralnej Komisji. W ustawowym czasie wpłynęła tylko jedna pozytywna opinia Prof. B. Semczuka i w oparciu o tę opinię CK powinna była wydać decyzję. Tę opinię całkowicie ukryto, tak jakby jej nie było. Prawdopodobnie sekcja medyczna zebrała się 07.10 1991r, ale żadnego urzędowego pisma w tej sprawie nie uzyskałem. W CK pokazano mi karteczkę, na której odręcznie zaznaczono, że za przyjęciem uchwały było 6 członków sekcji, 5 było przeciw i 12 się wstrzymało. Następnie powołano Superrecenzenta Prof. Janczewskiego, który przysłał omówione wcześniej pismo, na podstawie którego jednogłośnie, bez żadnej dyskusji odmówiono przyjęcia uchwały Rady Wydziału Lekarskiego. Na posiedzenie to nie zaproszono Pana Prof. Semczuka. Ponieważ opinia Prof . Janczewskiego była negatywna, CK w myśl artykułu 34 p 3 powinna powołać nowego recenzenta spoza składu komisji. Sekcja medyczna nie miała prawa głosować na podstawie tej jednej negatywnej recenzji. Mówi o tym również wewnętrzny statut CK. W paragrafie 9 punkt 4 mówi się – cyt. „W postępowaniu opiniodawczym sekcji po otrzymaniu negatywnej opinii recenzenta powołuje się recenzenta dodatkowego spoza składu Komisji. Tego podstawowego warunku CK nie spełniła, zatem decyzja z dnia 17.12.1991r jest niezgodna z prawem i należy uważać ją za nieważną.Informowałem o tym CK w 1992r.

Być może, że uznano moją rację, bo w 1993r powołano następnego recenzenta Prof. Jana Kusia. Opinia również jest niemerytoryczna i nienaukowa. Napisana jakby pod wielką presją na zamówienie. Kiedy telefonicznie rozmawiałem z Prof. Kusiem, oznajmił mi abym skoncentrował się na podważeniu decyzji podjętej w grudniu 1991r, która nie była zgodna z prawem.Dalsze działania podjęte po tym terminie przez CK są również niezgodne z prawem. Pytałem Pana Prof. Kusia, czy wywierane były na Niego naciski, bo wcześniej 5-ciu profesorów odmówiło napisania negatywnej opinii. Pan Profesor oznajmił mi, że nie było nacisków, ale to co ujrzałem na liście Wildsteina może zmienić moje spojrzenie na całość sprawy. Pan Prof. Kuś jest również autorem rozdziału pt.„Zapalenie neuronu przedsionkowego” w podręczniku – Otoneurologia Kliniczna – pod redakcją Grzegorza Janczewskiego. Czyżby nastąpiło zwarcie szeregów w obronie swoich pozycji naukowych, dorobku naukowego. Analizując poczynania CK okazuje się, że jest to typowa stalinowska instytucja, powołana wcześniej do niszczenia niewygodnych politycznie naukowców. W gazecie Nowy Świat w dniu 02.03.1992r ukazał się artykuł na temat CK pod tytułem „Czerwony skansen”. Autorką tego artykułu jest Kaja Bogumilska. W artykule Autorka pisze – aby uzyskać tytuł doktora habilitowanego trzeba poddać się procedurze do złudzenia przypominającej poczynania sądów kapturowych. Procedura obowiązująca przy zatwierdzeniu pracy habilitacyjnej pasuje bowiem do wszystkiego tylko nie do instytucji państwa prawa. Głosy wstrzymujące traktuje się jako negatywne, choć oczywiste i zgodne z logiką jest, że ten kto wstrzymuje się od głosu, nie ma po prostu w danej sprawie zdania. Autor zakwestionowanej pracy nie może też brać udziału w posiedzeniu i bronić się osobiście. Z przykrością stwierdzam, iż takie postępowanie CK nie ma nic wspólnego z tworzeniem demokratycznych, sprawiedliwych stosunków, wręcz przeciwnie oparte jest na dawnych zasadach skazywania ludzi bez prawa obrony. W czasach stanu wojennego taka procedura przy zatwierdzaniu tytułów naukowych służyła blokowaniu ich przed prosolidarnościowymi naukowcami. 
Dziś jest swoistym skansenem komunizmu. 

Nawiązując do ostatniego akapitu tego artykułu chciałem nadmienić, że w 1980r aktywnie włączyłem się w budowę ruchu społecznego Solidarność, byłem założycielem związku zawodowego NSZZ Solidarność w Zespole Opieki Zdrowotnej w Tomaszowie Maz. i jego przewodniczącym. W stanie wojennym doznałem wiele szykan, esbecy z Komendy Wojewódzkiej przez cały rok regularnie przyjeżdżali na rozmowy do szpitala. Czy nie jest to zatem po latach polityczna zemsta?. Nie mogąc się pogodzić z panującym bezprawiem interweniowałem w tej sprawie u Rzecznika Praw Obywatelskich, Ministra Nauki i Szkolnictwa, Premiera, NSA. Nie uzyskałem żadnego wsparcia. W dniu 19 marca 1993r ukazał się w Dzienniku Łódzkim artykuł pt. „Wytrych ukryty w podziemiu, gdzie przedstawiam historię mojej habilitacji (artykuł ten posiadam w swoich zbiorach). W reakcji na ten artykuł mój były Opiekun Prof. Latkowski organizuje mi nową niespodziankę. W 1994r odbywa się konkurs na stanowisko ordynatora Oddziału Laryngologicznego w Tomaszowie Maz. W skład komisji konkursowej wchodzi Pan Prof. Latkowski, Prof. Gryczyński z Kliniki Laryngologicznej AM w Łodzi. Do konkursu namawiają młodego lekarza z Kliniki zapewniając Go, że zostanie ordynatorem. Konkurs ten przegrywam 8:0 i następnego dnia zostałem wyrzucony z pracy w szpitalu (protokół z posiedzenia komisji konkursowej posiadam w swoich archiwach). I w tym momencie przypomniałem sobie słowa mojego byłego Szefa Prof. Latkowskiego – nie wygłaszaj tego, nie publikuj bo Cię zniszczą i zjedzą. Skierowałem pismo do Regionalnej Sekcji Służby Zdrowia NSZZ Solidarność województwa piotrkowskiego. Złożyłem również pozew do sądu pracy. Na moje szczęście Sąd zachował niezawisłość i uznał za bezskuteczne wypowiedzenie dotychczasowych warunków pracy i płacy (wyrok sądu posiadam w swoich archiwach). Pomimo korzystnego wyroku Dyrekcja Szpitala nie chciała przywrócić mnie do pracy. Złożyłem wtedy zażalenie do Prokuratury Rejonowej W Tomaszowie Maz. i prosiłem również pracowników z NSZZ Solidarność województwa piotrkowskiego o interwencję. Interwencja okazała się skuteczna, zostałem przywrócony do pracy. Równocześnie z pracy zrezygnował nowy Ordynator. Po wyznaczeniu nowego konkursu na stanowisko ordynatora w 1995r, konkurs ten wygrałem i do dnia dzisiejszego kieruję oddziałem laryngologicznym w Tomaszowie Maz, przystępując co 6 lat do nowego konkursu. Od dnia mojej habilitacji w kraju jestem totalnie blokowany w dostępie do możliwości umieszczania swoich prac w różnych czasopismach naukowych. Tylko nieliczne prace udało się opublikować. 

W 1993r wysłałem list do Redaktora Naczelnego „Otolaryngologia Polska” Prof. Zygmunta Szmeji, informując Go o moim konflikcie z Prof. Janczewskim. Otrzymałem odpowiedź, że mogę przysyłać nowe prace. Przesłałem do Redakcji tego czasopisma pracę pt.”Własna teoria mechanizmów pobudzeń kinetycznych i kalorycznych w kanałach poziomych”. O dziwo i ta praca również została wysłana do Prof. Janczewskiego i została oceniona bardzo krytycznie. Aby nie prowadzić ze mną żadnej dyskusji i uniemożliwić mi drukowanie prac otrzymałem taką odpowiedź:
1) w obecnych czasach nie ma miejsca na nowe teorie
2) w nauce nie ma demokracji i się nie dyskutuje.
Takie dokumenty mówią same za siebie i posiadam je we własnych zbiorach. Kim jest Pan Prof. Janczewski, że boją się Go wszyscy z tytułami profesorskimi. Otóż na liście Wildsteina figuruje jako TW. Również na tej samej liście figuruje drugi z recenzentów, który napisał negatywną opinię Pan Prof. Jan Kuś. Doskonale pamiętam, że w momencie wprowadzenia stanu wojennego, zarówno Prof. Latkowski i Prof. Janczewski w wywiadach w prasie i TV bardzo popierali wprowadzenie tego stanu. Zarówno Prof. Latkowski i Prof. Janczewski byli I-szymi sekretarzami Komitetów Uczelnianych PZPR. Prof. Janczewski był również członkiem Komitetu Centralnego PZPR. W ten sposób robili kariery naukowe, stąd takie wpływy w III Rzeczypospolitej. W dniu 01.06.1998r ukazał się w gazecie „Głos” artykuł pt. „Śmierć 9 górników bez kary? Kiszczak unika emocji”, gdzie wymienione jest nazwisko Prof. Janczewskiego, który jako jeden z trzech podpisał się pod zaświadczeniem lekarskim, stwierdzającym, że stan zdrowia oskarżonego Kiszczaka jest istotną przeszkodą zdrowotną w udziale oskarżonego w procesie sądowym. W tym artykule wymienione jest również nazwisko Prof. Włodzimierza Januszewicza, który brał udział w głosowaniu sekcji medycznej CK ptrzy ocenie mojej habilitacji, a którego nazwisko widnieje również na liście Wildsteina. W 2004r zostałem zaproszony jako gość specjalny na obrady Zjazdu Laryngologicznego, które odbywały się w Teatrze Jaracza w Łodzi. Uczestniczyłem w sesji poświęconej diagnostyce uszkodzeń układu równowagi. Sesji tej przewodniczył Prof. Janczewski. Po wygłoszonym referacie przez Panią Prof. Lucynę Pośpiech z Wrocławia, zabrałem głos. Powiedziałem, że pomimo ponad dwustuletnich badań nad układem równowagi, nadal nie znane są podstawy fizjologii i patologii błędnika i móżdżku. Dlatego też podstawowe zjawiska w otoneurologii, jak habituacja, kompensacja, zjawisko przewagi kierunkowej itd. nie są poznane i wytłumaczone. Nie znając tych podstaw nie można dyskutować i zabierać głosu w tych trudnych zagadnieniach otoneurologii klinicznej. Przypomniałem Panu Prof. Janczewskiemu, że te wszystkie zagadnienia po raz pierwszy w świecie wytłumaczyłem w wykładzie habilitacyjnym w 1990r. Ale to epokowe odkrycie zostało zamordowane w CK przez Prof. Janczewskiego. Gdybym te odkrycia ujawnił wcześniej, nie miałbym szans być dopuszczony do kolokwium habilitacyjnego. Ujawniłem je dopiero w czasie wykładu, aby już nikt nie był w stanie przeszkodzić w zatwierdzeniu tej habilitacji. Myślałem, że sprowokuję Prof. Janczewskiego do publicznej dyskusji, ale i w tym momencie się zawiodłem. Na sali zapanowała grobowa cisza. Tak więc Prof. Janczewski w bezpośrednim kontakcie okazał się tchórzem. Bał się spotkania ze mną w CK, o które prosiłem w odwołaniu do CK, jak również w opisanej sytuacji bał się merytorycznej dyskusji. Ale największą zbrodnią Prof. Janczewskiego jest wydanie wraz z Prof. Latkowskim nowego podręcznika (praca zbiorowa) „Otoneurologia Kliniczna” w 1998r, a więc 8 lat po mojej habilitacji i ukazaniu się na światło dzienne tych odkryć. To jest wielka kompromitacja polskich naukowców, którzy dla utrzymania się na rynku niszczą niewygodnych ludzi. Z całą świadomością stwierdzam, że wiadomości zawarte w tym podręczniku są nieaktualne, nieprawdziwe. Wydanie tego podręcznika w sposób świadomy jest przestępstwem.

KŁAMSTWO NAUKI! STULECIE KŁAMCÓW! 

Okazało się, że w III Rzeczypospolitej mamy demokrację stalinowską, bo pozostawiono w Niej instytucje rodem z PRL-u. W ostatnim czasie poprosiłem kilku Profesorów o ocenę mojego dorobku naukowego i mojej rozprawy habilitacyjnej pt.„Badania nad sprawnością układu równowagi po uszkodzeniach półkul móżdżku (studium kliniczne). Przytoczę kilka akapitów recenzji nadesłanej przez Prof. dr hab. med. Wiesława Sułkowskiego z Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi -„Zważywszy fakt, że autor do oceny uszkodzeń równowagi proponuje prosty, powszechnie dostępny test dynamiczny, który został przez Niego bardzo szczegółowo rozpracowany i sprawdzony, należy uznać to za istotny wkład habilitanta do praktyki klinicznej. Opracowany przez Autora test pozwala także diagnozować i różnicować izolowane uszkodzenia błędnika i móżdżku. Jego wiarygodność łatwo potwierdzić w eksperymencie u ludzi zdrowych stosując jednocześnie do uszu asymetryczny bodziec z ciepłą wodą, lub w przypadku uszkodzenia półkul móżdżku z zimną wodą. W moim odczuciu zarówno dorobek naukowy dr J. Nakieli jak i Jego praca habilitacyjna przedstawiają nowatorskie spojrzenie na wzajemne relacje neurofizjologicznych składowych układu równowagi tj. móżdżku, narządu przedsionkowego, narządu wzroku i rdzenia. Szczególnie interesujące i zasługujące na uwagę są oryginalne interpretacje zasad powstawania reakcji przedsionkowo-móżdżkowo-rdzeniowej i przedsionkowo-móżdżkowo-ocznej po zastosowaniu bodźców kinetycznych i kalorycznych, podstaw współdziałania kanałów poziomych z półkulami móżdżku oraz mechanizmów takich jak habituacja, kompensacja i adaptacja, decydujących o funkcjonowaniu układu równowagi. To nowe podejście do patofizjologii błędnika stało się możliwe dzięki starannie przeprowadzonym przez Habilitanta badaniom chorych z obwodowymi uszkodzeniami narządu przedsionkowego i u chorych z uszkodzeniami półkul móżdżku. Reasumując uważam, że dorobek naukowy i praca habilitacyjna są znaczące dla otoneurologii i stanowią samodzielny wkład w rozwój i postępy tej dziedziny medycyny. Pragnę również na końcu stwierdzić, jako były przełożony Habilitanta w okresie Jego zatrudnienia w Instytucie Medycyny Pracy w Łodzi, że charakteryzowała Go zawsze nienaganna postawa moralna i troska o pacjenta, zaś otoneurologia stanowiła pasję życia”.
Z historii odkryć naukowych wiemy, że twórcy nowych osiągnięć naukowych zaciekle atakowani byli przez tzw. uznawane autorytety naukowe. Mimo dużego zagrożenia dla mnie nieugięcie broniłem i bronię prawdy naukowej. Prawda prędzej czy później zwycięża. Jeden z profesorów w rozmowie powiedział mi, że moje nazwisko będzie bardzo znane ale jeszcze nie teraz. Nadszedł czas naprawy Rzeczypospolitej, budowy IV Rzeczypospolitej. Dlatego poczuwam się do obowiązku aby godnie przyczynić się do tej naprawy. Mam do tego moralne prawo. Nie zrobi tego żadna uczelnia, która boi się konfliktu z CK. Ja jestem człowiekiem wolnym, niezależnym, ale nie zrobię tego sam, oczekuję wsparcia, nagłośnienia tych spraw. Mamy przecież do czynienia z mafią, dlatego w następnym etapie sprawę mojej habilitacji chcę przedstawić Ministrowi Sprawiedliwości, CBA. Mojego dorobku naukowego nie należy traktować jako mojego wyłącznego dobra, ale dobra mojej Ojczyzny. Losy mojej habilitacji wyraźnie świadczą o przestępczej działalności ludzi nauki i zbrodniczej roli w tym zakresie CK. Brak lustracji w tej grupie społecznej -ludzi nauki- najlepiej świadczy, że to co skrupulatnie budowano w czasach PRL przetrwało po 1989r w niezmienionej formie. Nadal młodsze pokolenie ludzi nauki, namaszczone przez starszych kolegów tworzy szczelny klan, niedopuszczając ludzi niezależnych. To wszystko musi być ujawnione i nagłośnione. Likwidacja WSI i powszechna lustracja ośmielają mnie, abym w tym czasie podzielił się moimi doświadczeniami i przeżyciami. Odkrycie układu przedsionkowo-móżdżkowego i dokładne poznanie jego mechanizmów działania jest jednym z największych odkryć w polskiej i światowej otoneurologii. 

Uprzejmie proszę o wsparcie. 
Z poważaniem – Jerzy Nakiela 

Prywatny folwark gwiazd nauki


Maciej Panczykowski

Prywatny folwark gwiazd nauki 
2007-03-11

Studia na Wydziale Biologii Uniwersytetu Warszawskiego kończyłem u schyłku lat 90-tych ubiegłego wieku. Mogłoby się więc wydawać, że moje obserwacje są już nieco przestarzałe. 
Jednak, z mojego doświadczenia wynika niezbicie, że w Polsce zmiany ewolucyjne są zazwyczaj zmianami na gorsze. Zatem, jeśli to, co poniżej napiszę, trochę straciło już na aktualności, to tylko dlatego, że teraz jest jeszcze gorzej. A zmiany typu: nowy budynek wydziału, coraz więcej kolorowych plakatów obwieszczających o konferencjach, nie powinny nikogo zwieść. Bo przecież wiadomo, że w bardziej „krzyczącym” opakowaniu mogą być coraz gorsze cukierki… 
Świadomość kompensacji i pozostawanie bezlitośnie nieczułym na całą otoczkę marketingową pozwala łatwo dojść do wniosku, że wydział biologiczny uniwersytetu, mieniącego się być polskim nr 1, nie wniósł i nadal nie wnosi istotnego czy przełomowego wkładu w edukację, medycynę i biologię. 
I wraz z pogłębiającą się degeneracją polskiej nauki, szansa na to maleje. 

Poniżej przytaczam garść obserwacji zebranych okiem studenta – człowieka młodego, dla którego rzekomo jest uniwersytet. 
Na NFA jest pewien deficyt studenckich artykułów na temat kondycji uniwerków. Jest tam oczywiście sporo prac doświadczonych naukowców, którzy wypowiadają się szczegółowo o patologiach systemowo-organizacyjnych polskiej nauki i o propozycjach reform. 
Sporo się nauczyłem, bo moją przygodę z polską nauką instytucjonalną zakończyłem w wieku 27 lat (dłużej nie wytrzymując), więc było za wcześnie na zaznanie niektórych problemów. 
Jednak, oprócz samej nauki mamy jeszcze szkolnictwo wyższe, i to na tym drugim zagadnieniu skupię się tutaj przede wszystkim.  WZAJEMNA ADORACJA I IZOLACJA 
Na uniwersytet płaci państwo, czyli pośrednio – też rodzice studentów (ze swoich podatków). I sytuacja powinna być tutaj jak najbardziej jasna: rodzic płaci i wymaga, pracownik uniwerku bierze, więc musi dać. 
Nie może być tak, że np.: państwo nie może zrobić nic gwieździe nauki, bo jest sławna (choć jest zdegenerowana); nie może być tak, że gwiazda decyduje co ma ochotę robić (bez względu na sens i przydatność tego), kogo będzie rozwijać, a kogo nie (zależnie od prywatnego uznania), i czy w ogóle będzie przygotowywać się do wykładu (zależnie od kaprysu). 

Niestety w praktyce obserwujemy, że takie środowiska naukowe są bardzo oderwane od sponsora-społeczeństwa (robią, co chcą), a mimo to, panuje w nich pewność siebie i jej pochodna – zarozumiałość. 
Na UW dokonałem ciekawej obserwacji socjologicznej. Na początku lat 90-tych wytworzyła się na Wydziale Biologii UW druga kasta studentów, ze studiów międzywydziałowych MISMAP. Ci drudzy wchodzili na UW z wyraźnie większą wiedzą, co miało także tą przyczynę, że mieli oni wcześniej warunki do rozwoju (bogatsze rodziny). Nie musiało to zawsze oznaczać większego talentu; były wśród nich też wydajne kujony. 
Obecność drugiej kasty odbiła się źle na biologach. Było gorsze do nich nastawienie, było więcej uprzedzeń, mieli oni mniejsze szanse na współpracę i rozwój. 
Obecnie wiem już, że studenci biologii radzą sobie w labach bardzo dobrze (ci, którym udało się załapać). Na poziomie pracy w labie różnica po prostu okazała się nie istnieć. Biologów cechuje pracowitość, koleżeńskość i brak gwiazdorskiego zadęcia. Po prostu cieszy mnie to, bo lubi się ludzi, którzy nie są lizusami, kapusiami, czy starymi-maluśkimi. 
Wniosek z tego taki, że ludziom młodym w ogóle warto się przyglądać i ich rozwijać, a zadaniem pracownika uniwerku jest uczyć i nie dyskryminować (bo podatki płacą wszyscy). A jak będzie – pokaże czas. 

NEGATYWNA SYNTEZA 
Na łamach NFA, system polskiej nauki oceniany jest jako feudalny. Trudno się z tym nie zgodzić, z tym, że uważam, że gdy popatrzymy na zagadnienie nieco bardziej szczegółowo, sytuacja będzie jawić się jako bardziej skomplikowana. 
W systemie polskiej nauki widać mieszankę elementów feudalnych, peerelowskich i kapitalistycznych, a wiodąca rola feudalizmu wskazuje niewątpliwie na zacofanie polskiej nauki. 
Mieszanka elementów z 3 systemów jest trudna do przełknięcia, bo konglomerat zawiera przede wszystkim elementy złe, czyli antyrozwojowe. 
Omówię teraz pokrótce skład polskiej nauki instytucjonalnej: 

ELEMENTY FEUDALNE: przedstawiciel establishmentu łaskawie umożliwia studentowi darmową i nieuniknioną pańszczyznę np. w jego laboratorium (gwiazda jest od gwiazdowania, a od roboty są jej fani). 
Cechą feudalizmu jest też to, że feudał zapewnia wasalowi ochronę. I rzeczywiście – profesor daje protekcję, ale z reguły tym, których uzna za niezagrażającycyh swoim rozwojem. Poza tym, w późnym feudalizmie dało się zauważyć postępujące uniezależnienie feudałów od władzy najwyższej. Jak, opisałem powyżej, beneficjenci polskiej nauki stają się coraz większymi panami na włościach, praktycznie niezależnymi od interesu państwa. 

ELEMENTY KAPITALISTYCZNE: atomizacja i pogłębianie się konkurencji między ludźmi, z tym, że jest to konkurencja niezdrowa i negatywna (wygryzanie wyróżniających się) i nic z tego dobrego dla klientów uczelni nie wynika. 
W kapitalizmie następuje też pogłębienie specjalizacji (wskutek „wyścigu zbrojeń” napędzanego przez konkurencję). Jednak, w tym przypadku specjalizacja nie wynika z chęci tworzenia rzeczy coraz bardziej zaawansowanych technologicznie, ale z pójścia na łatwiznę. Można wybrać sobie poletko tak wąskie, że będzie łatwo je opanować bez względu na intelekt, być na nim najlepszym i jeszcze szumnie mienić się „wybitnym specjalistą”. 

ELEMENTY PEERELOWSKIE: brak bodźców do rozwoju (słabe powiązanie z przemysłem, „się należy czy się stoi czy się leży”), a więc: marazm, znajomości, mała innowacyjność, szarzyzna i wszechwładza urzędnicza. 

KOMPENSACJA ŻYCIEM 
Nie jest tajemnicą, że w Polsce ogromną rolę odgrywają znajomości. Na uczelniach też mają one zasadnicze znaczenie. Trzeba przede wszystkim żyć z ludźmi. 
Student „rozsądniejszy” i przystosowany skupi się przede wszystkim na wyrabianiu sobie znajomości, a nie na pracy i rozwoju. 
Co konkretnie może zrobić? Otóż, może wziąć udział w systemie plotek i donoszenia, wiedzieć konkretnie komu podlizywać się, a kogo marginalizować, gdzie się udzielać towarzysko i do jakich krajów wyjeżdżać. 
Oczywiście, większość studentów taka nie jest. Pozostali albo milczą, bo się boją i po studiach – zrywają z nauką, albo starają się jakoś przemęczyć studia i po nich – jak najszybciej wyjechać zagranicę. 
Mamy więc wytłumaczenie, dlaczego pomimo generalnego niezadowolenia studentów z poziomu szkolnictwa wyższego, patologie mogą istnieć stabilnie. Jedni się boją, inni olewają i machają ręką. A reszta wchodzi w stabilną relację mutualistyczną: jedna strona nie rozwija, ale wykorzystuje (establishment), a druga nie robi nic sensownego, ale robi karierę (student). 

PSYCHOLOGIA DIABŁA W ORNACIE 
W środowisku zdegenerowanym stosunki międzyludzkie są fatalne i tam ogromną rolę odgrywają odpowiedzi na nagminne pytania: kto wygrywa, a kto przegrywa?, kto jest lepszy, a kto jest gorszy? 
Aby te odpowiedzi rzeczywiście poznać, trzeba oczywiście wiedzieć jakie są reguły gry…Nie można przecież wygrać, gdy gra się w grę zupełnie inną niż realnie istniejąca. 
Młody student wstępujący na uniwerek (któremu naiwność i brak doświadczenia można wybaczyć) myśli, że na uniwersytecie obowiązuje dobra edukacja, mądrość i wysoki poziom moralny uczących. 
Jest jednak coś, co łamie te reguły. Wiadomo, że większość profesorów uniwersytetów zrobiła kariery w PRL-u. Jest to fakt wstydliwy, ale fakt. 
Można spróbować go zakamuflować; odwrócić od niego uwagę. 
Więc są oni na swój sposób zgodni z nową ideologią: dbamy tylko o własny interes (bez względu na konsekwencje dla otoczenia) i ostro konkurujemy. 
Trzeba przyznać, że ten kamuflaż dobrze im wychodzi. Z jednej strony chroni przed zarzutem, a z drugiej jest wygodny. Państwo zawsze hołduje jakiejś ideologii, więc w prawidłowym ornacie można liczyć na spokój. 
A także: jeśli dbam o siebie, to olewam studentów (choć edukację – istotę uniwerku, trudno pogodzić z olewaniem), a pojawiającą się młodą konkurencję mam prawo usuwać (np. uznając ją za czerwoną). Nie bez znaczenia biologicznego jest też fakt, że kamuflujący się ma, być może jedyną, szansę poczuć się wtedy twardym mężczyzną. 
Same zalety! Tylko student jest nieco tym wszystkim ogłupiony. 
I tak właśnie w tym nowym, jedynie słusznym mikrosystemie, kreowanym przez gwiazdy PRL-u, młodzi ludzie, niekoniecznie ustępujący im talentem i poziomem moralnym, tracą szansę na kariery. 

SALTO MORALE 
Zapadło mi w pamięć wspomnienie jednej z Międzynarodowych Olimpiad Biologicznych (MOB 2000), w której uczestniczą też państwa Wspólnoty Brytyjskiej. 
Ludzi z tych państw wyróżniała na olimpiadzie zawsze pewna chęć dominacji oraz szczypta arogancji i zarozumiałości. 
Bogactwo i doskonała znajomość obowiązującego na MOB angielskiego mają pewien psujący wpływ. 
Nie należałem do osób, którzy oddawali cześć dominującym; zajmowałem się interesem polskich Olimpijczyków i temu nikt nie zaprzeczy. 
Oddawanie czci było jednak niezbędne, więc dochodziło między nami do sytuacji napiętych. Niestety, w ich trakcie, profesor UW, który był tam ze mną, nie wspierał mnie w ogóle. 
Czułem się wtedy paskudnie, nie dlatego, że przeszkadzałem, ale dlatego, że nie rozumiałem dlaczego ktoś, kto tłumaczy na Polski te 200 stron tekstu, zostaje w takich sytuacjach sam jak palec. 
Rozumiałem tyle, że MOB to nie jest szczyt NATO, a biolodzy nie są politykami, z odpowiednim porządkiem dziobania i ukłonów. 
Poza tym, jeśli tak ma dla Polski wyglądać polityka, to ja dziękuję.
Niby taki drobiazg, ale bardzo przykre doświadczenie. 
Widać nie dorosłem i nie wszedłem jeszcze w życie. Wszedłem natomiast do NFA… 

Maciej Panczykowski 
Katowice, 2007.03.09

LIST OTWARTY W SPRAWIE PATOLOGII W NAUCE I SZKOLNICTWIE WYŻSZYM

LIST OTWARTY W SPRAWIE PATOLOGII W NAUCE I SZKOLNICTWIE WYŻSZYM
z dnia 18.05.2004 r.

Sytuacja polskiego szkolnictwa wyższego i nauki jest krytyczna. W interesie całego narodu leży uzdrowienie tej niezmiernie ważnej dziedziny życia publicznego, od której w dużej mierzy zależy nasza przyszła pozycja w zjednoczonej Europie i na świecie. Niemal codziennie media donoszą o aferach w środowiskach akademickich i naukowych. Plagiaty są na porządku dziennym, zarówno ze strony studentów, jak i profesorów, ale to co się ujawnia to tylko ‘wierzchołek góry lodowej’. Kupowanie gotowych prac dyplomowych jest częstą praktyką. Do tego należy dodać ustawiane konkursy na projekty badawcze i fikcyjne konkursy na obsadzenie stanowisk uczelnianych, nierzadko przez członków rodzin akademickich. Powstają co prawda jak grzyby po deszczu akademickie kodeksy etyczne, których jednak nie zamierzają przestrzegać nawet ich twórcy. 
Rektorzy zwykle pozostają głusi na swe własne apele o uczciwość. Patologia akademicka sięga dna. Piszą o tym na ogół anonimowi członkowie środowiska akademickiego w dyskusjach internetowych oraz nie-anonimowi Polacy pracujący za granicami. Okazuje się, że pomimo wejścia do UE matura międzynarodowa uprawniająca do przyjęcia na Oksford nie wystarcza, ażeby dostać się na polską uczelnię. Brak habilitacji nie przeszkadza pracy w Harvardzie, podczas gdy w Polsce jest to wymóg uniemożliwiający samodzielną pracę naukową. Mimo ogromnego bezrobocia, także wśród absolwentów szkół wyższych, a nawet doktorów, kwitnie wieloetatowość profesorów fikcyjnie zatrudnianych w wielu szkołach dla produkcji niewiele wartych dyplomów. Potrzeba zmiany całego systemu nauki i edukacji w Polsce – niestety nie pracują nad tym ani kolejne rządy, ani parlament, ani środowisko polskich naukowców. Potrzeba szerokiej debaty społecznej nad obecnym stanem nauki i edukacji w Polsce, ażeby przełamać opór konserwatywnego lobby profesorskiego i wprowadzić oparty na wzorach anglosaskich system wolnego rynku usług edukacyjnych oraz wolnych i obiektywnych konkursów na finansowanie projektów badawczych z budżetu państwa. Obecny system organizacji i zarządzania nauki w Polsce łączy ze sobą cechy przestarzałego systemu sprzed II wojny światowej z 
wieloma mocno zakorzenionymi naleciałościami sowieckimi. Jest on głęboko szkodliwy – nie do zaakceptowania przez otwarte na świat młode społeczeństwo. Palący problem stanowi zwiększenie nakładów na naukę zarówno ze źródeł budżetowych, jak i prywatnych. Tymczasem kolejne pokolenia młodych naukowców emigrują za granicę lub porzucają naukę, co nie jest właściwą perspektywą rozwoju Polski. 

W imieniu powstającego Niezależnego Stowarzyszenia Na Rzecz Nauki i Edukacji

Józef Wieczorek, Kraków
Cezary Wójcik, Dallas
Maciej Krzystek, Dublin
Piotr Drabik, Montreal
Marek Wroński, New York
Jerzy Janusz Mosna, Dąbrowa Górnicza
Michael J. Urbanski, Freiburg i. Br.
Mariusz Skwarczyński, Kyoto
Krzysztof Schmidt-Szałowski, Warszawa
Zofia Szychowska, Wrocław
Karol Jalochowski, Warszawa
Jacek Bąbka, Wrocław
Tomasz Strabel, Poznań

18.05.2004 r.

Tekst m.in. opulikowany w : 

Wiadomości KSN Biuletyn Informacyjny Krajowej Sekcji Nauki NSZZ ‚Solidarność’ 5-6,2004
http://www.solidarnosc.org.pl/~ksn/Bullet/nr5_6(98_99).pdf

Wiadomości NGO
http://portal.engo.pl/x/64171

List do Dziekanów Uniwersytetu Warszawskiego w sprawie patologii w nauce. 

List do Dziekanów Uniwersytetu Warszawskiego w sprawie patologii w nauce. 

Artur Śliwiński
2006-08-31
Szanowny Panie Profesorze, 

Wiedza o omawianych w niniejszym piśmie kwestiach powinna być dostępna dla szerokiej opinii publicznej, gdyż dotyczy szczególnie groźnych przejawów patologii w nauce. Uznałem za stosowne imiennie poinformować o tych kwestiach Dziekanów wszystkich Wydziałów UW, bowiem bezpośrednio dotyczą one uniwersyteckiego środowiska akademickiego i powinny zostać – moim zdaniem – gruntownie rozważone przede wszystkim w tym środowisku. Są to dwie powiązane ze sobą kwestie: 
– istnienia głębokiej i trwałej patologii nauki na Wydziale Zarządzania UW, od dłuższego czasu negatywnie rzutującej na wizerunek publiczny Uniwersytetu i zapowiadającej utratę zasłużonej przez wiele pokoleń pozycji w nauce polskiej, 
– potrzebę zastanowienia się, jakie w tym przypadku powinny być podjęte środki zaradcze. W moim przekonaniu, ze względu na trwałość wspomnianej patologii, a także z powodu nieprzemyślanego usytuowania problematyki zarządzania w strukturze organizacyjnej Uniwersytetu, Wydział Zarządzania UW powinien zostać zlikwidowany (zastąpiony przez szkołę biznesu o statusie jednostki międzywydziałowej). 
Do napisania niniejszego listu upoważnia mnie blisko 40-letni okres pracy naukowej na Uniwersytecie (na Wydziale Nauk Ekonomicznych, a następnie – Wydziale Zarządzania), a także gruntowna znajomość zagadnień zarządzania, poparta niekwestionowanym dorobkiem naukowym i praktyką menadżerską. Dodaje to wagi stwierdzeniu, że Wydział Zarządzania UW nie gwarantuje realizacji podstawowych funkcji naukowych i dydaktycznych. 
W niniejszym liście przedstawiam wyłącznie udokumentowane argumenty i zarzuty, aby uniemożliwić sprowadzenie dalszej dyskusji do poziomu powierzchownych rozgrywek personalnych. Z tego względu nie podnoszę sprawy osobistych strat moralnych i materialnych, powstałych wskutek działalności kierownictwa Wydziału Zarządzania UW oraz wspierającego je rektoratu. Opieram się wyłącznie na dokumentacji źródłowej, rezygnując z wykorzystania relacji i materiałów pochodzących od innych osób podzielających moje stanowisko. Na życzenie zainteresowanych gotów jestem udostępnić kopie dokumentów uzasadniających, uzupełniających i rozszerzających niniejszą wypowiedź. 
Odwołam się do jednego z kilku sprawdzonych zarzutów o istnieniu głębokiej i trwałej patologii nauki na Wydziale Zarządzania UW. Zarzut bezpośrednio odnosi się do władz dziekańskich obecnej i poprzedniej kadencji, a w tym zakresie, w jakim wydziałowe gremium naukowe okazało się niezdolne do jej przezwyciężenia – pośrednio do tego gremium. Jest to jednoznaczny zarzut oszustwa (poświadczenia nieprawdy w dokumencie urzędowym) wyczerpującego znamiona działalności przestępczej. Tak poważny zarzut wyklucza – z chwilą jego udokumentowania – relatywizowanie „racji stron”, bagatelizowanie sprawy czy usprawiedliwianie stanu rzeczy. 

Wspomniany zarzut sformułowałem i z obowiązku skierowałem do Prokuratury Rejonowej w Warszawie w powiadomieniu o dokonaniu przestępstwa z dnia 10 października 2005. Ograniczam się do przytoczenia jego treści: 

Doniesienie o popełnieniu przestępstwa

Niniejszym, po upewnieniu się co do słuszności podniesionych niżej zarzutów, powiadamiam o fakcie poświadczenia nieprawdy w dokumencie urzędowym przez Rektora Uniwersytetu Warszawskiego, prof. dr hab. Piotra WĘGLEŃSKIEGO. Wykonując funkcje służbowe, sporządził pisemną decyzję o rozwiązaniu stosunku pracy z mianowanym nauczycielem akademickim, stwierdzając w dokumencie nieprawdziwy fakt porozumienia stron, który wykorzystali jako uzasadnienie zawartej w nim decyzji, co wyczerpuje znamiona czynu z Art. 271 § 1 kodeksu karnego.
Posiadana przede mnie dokumentacja, znajdująca się również w dyspozycji Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi, VII Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych (sygn. Akt VIID 1286/04) jednoznacznie wskazuje, że nie zachodził przypadek wadliwości decyzji ani błędnej interpretacji przepisów prawa.
Poświadczający nieprawdę wiedział o wysokim ryzyku prawnym i moralnym tego czynu, a także o wielkich szkodach, jakie czyn ten wyrządza nauce akademickiej i wizerunkowi zarządzanej przez niego uczelni. Świadczy to, że za tym czynem stały poważne, lecz ukryte motywy i okoliczności, których wyjaśnienie może odsłonić jego szersze kryminalne podłoże. W tej kwestii gotów jestem udzielić uzupełniających wypowiedzi w postępowaniu prokuratorskim.” 

Obecnie rozpoczęło się śledztwo w tej sprawie. 
W międzyczasie Sąd Pracy wydał prawomocny wyrok 20 marca 2006 r. mający podstawowe znaczenie dla oceny stanu faktycznego. Stwierdził w uzasadnieniu do niego, że Zdaniem Sądu pozwany rozwiązując stosunek pracy naruszył przepisy prawa, w szczególności art. 93 ust.1 pkt 1 ustawy o szkolnictwie wyższym….Dalej potwierdził to stanowisko stwierdzając, że: brak jest jakichkolwiek przesłanek do uznania, że w przedmiotowej sprawie miał miejsce zgodny zamiar stron rozwiązania stosunku pracy za porozumieniem stron. Dlatego oświadczenie Rektora UW należało potraktować jako rozwiązanie stosunku pracy bez wypowiedzenia z naruszeniem prawa (podkreślenia AŚ). 
Przytoczone stwierdzenia wraz z pozostałymi dokumentami z procesu sądowego pozwalają bezspornie scharakteryzować decyzje podjęte przez Rektora wskutek zabiegów dziekanów Wydziału Zarządzania UW dwóch ostatnich kadencji – prof. Kazimierza Rycia oraz prof. Alojzego Nowaka (wcześniej prodziekan do spraw naukowych) – jako wyczerpujące znamiona przestępstwa. Z przesłuchań Rektora prof. Piotra Węgleńskiego wynikało bowiem niezbicie, że działał on pod ich naciskiem (ewentualnie w zmowie z nimi). Musi oczywiście zastanawiać, dlaczego Rektor przyjął na siebie świadomie ryzyko związane z naruszeniem prawa, a ponadto, mimo ujawnienia przestępczego charakteru swego czynu – uporczywie podtrzymywał bezprawnie podjętą decyzję, sankcjonując zaistniały stan rzeczy – nawet po prawomocnym wyroku sądowym. Musi zastanawiać, że identyczne stanowisko zajęła również Rektor kolejnej kadencji prof. Krystyna Chałasińska-Macukow (wcześniej Prorektor do spraw kadr naukowych). 

Warto podkreślić, że nie chodzi tutaj o uchylenie decyzji, podjętej na przykład pod wpływem błędu, lecz o nie mający usprawiedliwienia fakt działania przestępczego, którego motywy koniecznie należało wyjaśnić oraz podjąć stanowcze kroki ograniczające możliwość recydywy. W istocie rzeczy kolejne władze rektorskie świadomie firmowały i osłaniały popełnione przestępstwo, które nigdy na Uniwersytecie nie powinno mieć miejsca. Co kryje się za szeroko zakrojoną i ryzykowną akcją eliminowania z Uniwersytetu osób naruszających interesy „firmy w firmie”? Odpowiedź na to pytanie wymaga jeszcze czasu. Lecz nie ulega wątpliwości, że nie będzie ona sprzyjać bagatelizowaniu sprawy. 
Na tym tle wniosek o likwidację Wydziału Zarządzania UW wymaga tylko dodatkowego uzasadnienia. Ponieważ przytoczony wyżej przykład patologii nauki na tym wydziale nie jest jedyny, nie można sprowadzić sprawy do godnego ubolewania epizodu czy przypadku. Podważa to w ogóle możliwość rozwoju nauki i dydaktyki. Pragnę więc tylko przypomnieć, że zarządzanie nie ma wartości „klasycznego” działu nauki uniwersyteckiej (a także dziedziny wiedzy technologicznej), jak na przykład filozofia, ekonomia, prawo etc. Wiedza o zarządzaniu jest wiedzą o znaczeniu praktycznym, wykorzystującą naukę i doświadczenie wielu działów nauki. To oczywiście nie przekreśla roli zarządzania, zwłaszcza w świetle współczesnych potrzeb edukacyjnych. Wskazuje jednak na słabą dyscyplinę metodologiczną i teoretyczną zarządzania. Jeżeli więc placówki zajmujące się problematyką zarządzania nie są wspierane i kontrolowane pod kątem merytorycznym i etycznym przez środowiska klasycznych działów nauki, jeśli nie są podporządkowane ukształtowanej w tych działach dyscyplinie badań naukowych i systemom oceny dorobku naukowego, z łatwością staczają się do poziomu „opowiadania bajeczek”. W tej sytuacji sensowniejsze jest tworzenie międzywydziałowych szkół biznesu (jak to się dzieje w innych uniwersytetach), a nie utrzymywanie „wydziału”. Oznacza to znaczne ograniczenie autonomii zarządzania. Warto przy tej okazji zauważyć, że paradoksalnie Wydział Zarządzania UW zyskał stopniowo najdalej idącą autonomię spośród wszystkich wydziałów Uniwersytetu. Dzięki tej specjalnej autonomii i „spolegliwości” władz rektorskich i administracji centralnej, możliwe było narastanie ukazanych wyżej przejawów patologii nauki. 
Jest bezsporne, że zarządzanie nie może odrywać się od realiów biznesu. Do procesu naukowo-badawczego i dydaktycznego konieczne jest więc odpowiednie włączenie doświadczenia praktycznego. Wspomniane ograniczenie wydziałowej autonomii nie stanowi przeszkody do wykorzystania tego doświadczenia. Ale jeśli wykorzystanie to jest oparte jedynie na korzystaniu z „gości” zajmujących funkcje kierownicze w biznesie i polityce, relacje między nauką i biznesem ulegają deformacji; przeistaczają się w czyste relacje biznesowe. Wydział Zarządzania UW został zdominowany przez nastawienie biznesowe. 

Pozostaje jeszcze kwestia stopni naukowych. Doktorzy i doktorzy habilitowani z dziedziny zarządzania otrzymują stopnie doktorów ekonomii. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby … znali przynajmniej historię myśli ekonomicznej i współczesny dorobek ekonomii. Tymczasem to właśnie ekonomia na Wydziale Zarządzania jest wykładana na żenująco słabym poziomie. Warto przyjrzeć się dorobkowi naukowemu pracowników Katedry Gospodarki Narodowej (co znaczy ta dziwna nazwa?). Niestety inne grupy pracowników naukowych Wydziału (prawnicy, socjolodzy itp.) nie są w stanie ocenić tego dorobku – z konieczności tolerują czasem żenujące pod względem naukowym„specjalności”. 
Bez trudu mógłbym wskazać – znane obecnemu kolegium rektorskiemu – przykłady celowego niszczenia pomyślnie rozwijających się specjalizacji w zakresie zarządzania oraz badań naukowych. Bulwersujące fakty tego rodzaju zasługują jednak na odrębne omówienie. 

Liczę na opinie i reakcje sprzyjające rozwiązaniu sygnalizowanych problemów. 

Z wyrazami szacunku Artur Śliwiński 

Appendix: 

Appendix: 
Do licznych sygnałów o eliminacji „kontrowersyjnych” profesorów wyższych uczelni dołączyć mogę kolejny przykład, tym razem nie jest to koniec smutnej historii, lecz raczej początek interesującej sprawy. Poprzedzę go dwoma ogólnymi refleksjami: 
Fakt, że we wszystkich prawie odnotowanych przykładach tego rodzaju, poczynając od sprawy prof. Marka Orkiszewskiego (ciekawe, co się z nim teraz dzieje), a kończąc na ostatniej sprawie prof. Grzegorza Gładyszewskiego ,w tle pojawia się czerwona oberża. Określeniem tym posługuję się do podkreślenia dwóch pojawiających się jednocześnie zjawisk: czerwonej profesury i traktowania nauki jako obszaru biznesu. Nie mam wątpliwości, że czerwona oberża niekiedy przeistacza się w układ kryminalny (nagrane przetargi inwestycyjne, finansowanie SLD, zatrudnianie „dyplomatów” na stanowiskach profesorskich itp.) lub jest częścią zewnętrznego układu mafijnego. Można powiedzieć – trawestując poetyckie określenie sowieckiego futurysty – mówimy mobbing domyślamy się White Collar Crime. 
Do cennych inicjatyw NFA, składających się na heroiczną walkę o przebicie do opinii publicznej z przykładami ostrej patologii w środowisku naukowym, chciałbym dołączyć kolejną. Jest to propozycja projektu badawczego, dzięki któremu można byłoby zebrać to wszystko, uporządkować i uzupełnić. Korzystajmy z umiejętności, które posiadamy. Ciekawe, czy przeszkody w finansowaniu projektu z funduszy na rozwój nauki pojawią się jak sierpniowe grzyby po deszczu? Raczej tak. Wtedy dodamy słowo niezależny. Może nam jednak nie starczyć funduszy na … zatrudnienie ochroniarzy. 
Zapraszam do dyskusji. 

Zapowiedziany przypadek dotyczy czerwonej oberży na Uniwersytecie Warszawskim. Oszczędzając czas odwiedzającym strony NFA ograniczam się na początek do powtórzenia listu otwartego, który kieruję obecnie do wszystkich (z jednym wyjątkiem) dziekanów Wydziałów UW oraz do jednozdaniowego komentarza. 

Komentarz: Nie chcę i nie muszę wracać do tej stajni. 

Prof. dr hab. Artur Śliwiński 
03-606 Warszawa 
ul. Protazego 29 

Nowe szaty polskiej nauki

Maciej Panczykowski

Nowe szaty polskiej nauki 

2006-02-20 

Idea państwa demokratycznego jest taka, że nie tylko władza rządzi ludem, ale także lud ma prawo rządzić władzą. A więc istotą demokracji jest wzajemna, zwrotna regulacja „góry” i „dołu”. Dzięki temu oddziaływaniu, ścieraniu się i wzajemnej kontroli owych dwóch podmiotów, powstaje nowa jakość: korzyści dla całego społeczeństwa. 
Mówi się, że na dzień dzisiejszy nie wymyślono niczego lepszego od demokracji, bo we wszelkich systemach, w których władza (mniejszość) zabezpiecza tylko swój interes, cały potencjał tkwiący w pozostałej większości jest marnotrawiony i nie przyczynia się do rozwoju społecznego. Nieprzypadkowo, to właśnie państwa o dojrzałych demokracjach uchodzą za najbardziej rozwinięte na naszym globie. Oczywiście, musimy pamiętać, że demokracja może być niedojrzała lub zdegenerowana (np. przez media uzależnione od wąskich grup interesów) i wtedy sytuacja jest daleka od ideału. 

W polskiej społeczności naukowej, jedyną warstwą, która rządzi i wskutek tego dobrze się ma, są decydenci i profesorowie. Reszta ma bardzo mało do gadania i jej działania podporządkowane są interesom klasy rządzącej. Przytoczmy kilka przykładów: 
1. nowa ustawa o szkolnictwie wyższym uchwalona przy „konsultacji” z lobby profesorsko-decydenckim. Tak jakby pozostałe grupy interesów w polskiej nauce nie istniały. 
2. istniejące przez długi czas trudności z oceną wykładowców, a gdy pojawia się w końcu prawna możliwość oceny, u profesorów pojawia się oburzenie i obraza majestatu. Jakim prawem student ma ich oceniać? Ma brać to, co jest i siedzieć cicho! 
3. brak wpływu lub słaby wpływ społeczności akademickiej na wybór władz uczelnianych. 

Obłudnicy z warstwy rządzącej dysponują wieloma umiejętnościami, mającymi na celu ukryć prawdę. Potrafią oni zasugerować słuchacza swoją prawdą i odwrócić jego uwagę od realiów. Potrafią zmydlić oczy, zbić z pantałyku, wypuścić zasłonę dymną. Niejeden taki hipokryta, wypowiadając się w mediach, przekonuje o swoich demokratycznych sympatiach. Odpowiada mu to, że Polska nie jest już PRL-em, kocha świeży powiew wolności, nadskakuje Zachodowi i tylko tam ma przyjaciół. Chciałoby się go zapytać: „No dobrze, ale co tak naprawdę ma pan z tym wspólnego?”. Ale by była konsternacja… 
Niestety, laik oglądający taką wypowiedź w telewizji, myśli sobie: „skoro ten człowiek mówi o tym wszystkim, to na pewno temu wszystkiemu hołduje”. 
U wielu ludzi następuje taki przeskok myślowy, choć wcale nie jest to pewne, bo jedno drugiego nie implikuje. Mówić o czymś nie oznacza hołdować temu czemuś. Nie dajmy się zwieść i nie pozwólmy zatuszować prawdy. A prawda jest taka, że mechanizmy polskiej nauki są wybitnie antydemokratyczne. Mamy do czynienia z dyktaturą jednej grupy interesów (często zapyziałej, szarej i słabo rozwiniętej, bo rodem z PRL). I to wszystko 17 lat po 1989 roku. Polska nauka to po prostu RELIKT. A jest tak dlatego, że robiono wszystko, aby zachować status quo. Jakimikolwiek metodami, byle skutecznymi, jak. np. przybieranie prozachodnich piórek, nadskakiwanie władzy, przemalowywanie „skóry” z czerwonej na niebieską, niszczenie bardziej lub lepiej rozwiniętych czy też hamowanie ich rozwoju. Aby tylko interesy pozostały nienaruszone. 
Patrząc na te socjologiczne zabiegi, chciałoby się krzyknąć z dziecięcą szczerością: „Jesteście nadzy, towarzysze!”. 

Maciej Panczykowski 

Przejrzystość przede wszystkim

Przejrzystość przede wszystkim 2005-12-29 

Marcin Brynda

 Przejrzystość przede wszystkim

W toczącej się ostatnio na NFA (i nie tylko) dyskusji o naprawie polskiej nauki, często pojawia się postulat przejrzystości, czy też ogólnie pojętej transparencji. Nie wdając się w polemikę z wieloma innymi propozycjami, które przedstawiane są na tym forum celem rozwiązania rodzimych problemów akademickich, przejrzystość wydaje się być jednym z najbardziej ważnych (jeśli nie najważniejszym) dezyderatów wskazywanych jako niezbędny warunek zdrowego funkcjonowania systemu polskiej nauki. Nie chodzi tu tylko o przejrzystość w zakresie publikacji naukowych konkretnych naukowców; chodzi także, a może przede wszystkim, o przejrzystość przyznawania grantów naukowych, przejrzystość organizowania konkursów na stanowiska akademickie, przejrzystość jakości zajęć dydaktycznych itd.. Analizując zasady takiej ogólnie pojętej przejrzystości na przykładzie dwóch odległych geograficznie, ale zbliżonych co do zasad funkcjonowania systemów naukowych, szwajcarskiego i amerykańskiego, warto jest wyciągnąć pewne wnioski, które mogą pomóc w wysiłkach podejmowanych celem uzdrowienia nauki w naszym kraju.

Przejrzystość publikacji naukowych

Ogólnie przyjętym standardem zewnętrznej przejrzystości jest, zarówno w Szwajcarii jak i w USA, zamieszczanie na stronach internetowych konkretnych profesorów, ilości opublikowanych publikacji naukowych; takie dane są często uzupełnione równoczesnym zaznaczeniem ogólnej liczby cytowań. Te informacje są w większości przypadków na bieżąco uaktualniane, tak aby np. studenci poszukujący miejsca na doktorat czy staż post-doktorski mogli, przynajmniej bardzo powierzchownie, ocenić dynamikę danej grupy naukowej. Jeśli przykładowo profesor X opublikował w ostatnim roku w danej dziedzinie 25 prac naukowych, a profesor Y tylko 4 prace, daje to już pewien obraz naukowych standardów jakie panują w danej grupie badawczej. Można sie oczywiście spierać czy dokonania naukowe profesora Y, który mógł opublikować tylko 4 prace, ale za to np. w bardzo prestiżowych wydawnictwach, są bardziej znaczące niż profesora X, który opublikował aż 25 prac, ale w wydawnictwach mało znaczących. Ale do oceny tego typu niuansów służą też umieszczane na stronach internetowych kompletne listy publikacji, z zaznaczeniem źródeł. Mogą to być np. listy najbardziej znaczących publikacji ułożone tematycznie albo listy publikacji z ostatniego roku lub semestru. Kolejnym, tym razem wewnętrznym standardem są publikowane przez konkretne departamenty, coroczne, kwantyfikowane listy publikacji, do których dostęp mają np. (w przypadku niektórych uczelni amerykańskich) tylko pracownicy departamentu, a w przypadku uczelni szwajcarskich, również osoby z poza uniwersytetu. Takie ilościowe listy publikacji, dają też szybką (bez potrzeby żmudnego ślęczenia nad przeszukiwarką baz danych, nie dla każdego zresztą dostępną) możliwość oceny jakości pracy kolegów z departamentu lub wydziału. W Polsce jeszcze nieczęsto spotyka się takie lokalne bazy danych na stronach internetowych uniwersytetów, czy konkretnych wydziałów. Oglądając ostatnio wyrywkowo strony internetowe polskich naukowców, daje się też zauważyć pewna patologia. Jest nią umieszczanie przez niektórych badaczy na listach swoich publikacji, artykułów, w których nie są oni autorami, ale jednym z autorów jest np. były doktorant albo student pracujący wcześniej w laboratorium umieszczającego taką listę. Jest to najzwyklejsza nieuczciwość i przywłaszczanie sobie naukowych dokonań kogoś innego, kto rozpoczął już swą własną, niezależną karierę naukową. Zasady publikacji jasno określają obligacje autorów pracy naukowej. Inna jest rola i kontrybucja głównego autora lub współautora, a zupełnie inna np. osoby, której udziela się tylko podziękowania za konkretnie wykonany pomiar lub obliczenie.

 Przejrzystość konkursów naukowych

Na temat organizacji naboru na pozycje naukowe w Polsce wiele już przelano atramentu na stronach NFA, warto więc przypomnieć jak wygląda analogiczny proces w Szwajcarii lub w USA. Konkursy na stanowiska samodzielnych pracowników naukowych lub profesorów są organizowane w sposób zupełnie jawny. Jawność jest obowiązkowym elementem takiej procedury od momentu podjęcia decyzji o otwarciu stanowiska, do momentu przyjęcia nowego pracownika. Podstawą organizacji konkursu jest selekcja jury, które jest generalnie dobierane w taki sposób, aby ścierały się w jego gronie różne interesy naukowe. Przykładowo na wydziale chemii, np. grupy badawcze związane z chemią organiczną delegują swoich przedstawicieli, którzy będą naciskali na poparcie kandydata o orientacji zbieżnej z interesami tej grupy, natomiast reprezentanci badaczy prowadzących badania w zakresie absorpcji optycznej, będą naciskali na przyjęcie kandydata specjalizującego się np. w spektroskopii laserowej. Taki konflikt interesów wbrew pozorom nie jest wcale zły dla uczelni. Wręcz odwrotnie, pomaga w doborze najlepszego kandydata, gdyż każdy aplikujący na stanowisko jest poddawany szczególnie krytycznej weryfikacji przez specjalistów z różnych dziedzin spokrewnionych z jego domeną badawczą. W USA wręcz standardem jest też konsultowanie osób spoza danej uczelni, a w szczególności byłych pracowników lub studentów ubiegającego się o pozycję kandydata. To daje możliwość oceny jakości jego kontaktów ze współpracownikami oraz przydatności do pracy zespołowej. Interesem każdego zatrudniającego departamentu jest aby potencjalny współpracownik mógł w przyszłości nie tylko dobrze prowadzić badania naukowe, ale także dbać o pomyślny rozwój danej placówki naukowej w harmonijnej współpracy z innymi jej pracownikami i administracją. Kolejnym etapem naboru jest organizowanie seminariów dla kandydatów na dane stanowisko naukowe w taki sposób, aby każdy (wstęp na takie seminaria jest otwarty) mógł osobiście ocenić każdego kandydata. Np. na uniwersytetach szwajcarskich jest zwyczajowo przyjęte organizowanie pięciu do dziesięciu seminariów skumulowanych na przestrzeni 2-3 dni, tak aby można było równolegle dokonać porównania przedstawiających swe programy naukowe kandydatów na to samo stanowisko. Oczywiście nawet takie reguły stawiające na pełną transparencję, nie chronią przed patologiami. Francja na przykład zmaga się od lat z plagą tzw. „ustawiania stanowisk”. Wśród francuskich doktorantów lub świeżo upieczonych doktorów ogólnie przyjętą zasadą jest, że nie składa się dokumentów w konkursach, w których startują lokalni kandydaci. W wielu przypadkach te konkursy są z góry przygotowane tak, aby przyjąć wcześniej umówionego kandydata z organizującego konkurs departamentu. Ale system francuski jest głęboko skomunizowany i jak pokazały nie tak dawne turbulencje, które przechodził, chyba nie stamtąd powinniśmy czerpać wzory.

 Przejrzystość funduszy

Większość profesorów w USA, umieszcza na swoich stronach internetowych lub w zamieszczonych na nich CV, informacje o wysokości grantów naukowych jakimi dysponują i jakie zdobyli na badania w ostatnich latach. W Szwajcarii ten obszar nauki jest jeszcze bardziej zinstytucjonalizowany. Każdy może wejść na stronę internetową agencji SNSF (Swiss National Science Foundation) i po wpisaniu nazwiska konkretnego badacza otrzyma wyczerpujące dane co do tytułu projektu, wypłaconej przez SNSF sumy oraz merytorycznego opisu objętych grantem badań. Co ciekawsze, nie dotyczy to tylko profesorów pracujących w Szwajcarii, ale także np. studentów i pracowników naukowych wyjeżdżających na zagraniczne stypendia finansowane przez SNSF. Ktoś może oczywiście przytoczyć argument, że np. w USA przyjmuje się tych profesorów, którzy przynoszą uniwersytetowi największa ilość pieniędzy z grantów (uczelnia przywłaszcza sobie często znaczącą część grantu na finansowanie swego funkcjonowania), ale ilość i jakość zdobytych grantów też jest niewątpliwym wykładnikiem naukowej jakości kandydata. Zresztą nie dyskusja nad tym zagadnieniem jest tu tematem najważniejszym. Chodzi o przejrzystość w sensie dostępności informacji o przyznanych funduszach, co zresztą każdy może również (dzięki przejrzystości dostępu do naukowych publikacji beneficjentów takich grantów) skorelować z osiągnięciami i naukowym dorobkiem opłacanego przez instytucję badacza.

Przejrzystość przydatności dydaktycznej

Informacje o dydaktycznej przydatności profesora są przygotowywane poprzez system zbierania danych o nauczycielach akademickich nie tylko na podstawie ilości i jakości ich publikacji, aktywności naukowej i tzw. globalnego „impact factor”, ale także przez ocenę samych studentów. W USA i w Szwajcarii, studenci oceniają nie tylko profesorów, ale również swoich asystentów i wykładowców poprzez corocznie rozprowadzane ankiety, w których punktuje się jakość wykładów, „dostępność” profesorów (tzn. dyspozycyjność względem studentów, którym przecież w pewnym sensie służą, w sferze możliwości zadawania pytań na temat wykładu), ich wysiłek celem zainteresowania studentów wykładanym tematem, itp.

Transparencja w rodzimej nauce

Ponieważ w Polsce przejrzystość naukowa jest jeszcze w powijakach, i nie zanosi się na to aby w tym temacie nastąpiły w najbliższym czasie jakieś rewolucyjne zmiany, może warto zastanowić się w ramach NFA nad jakąś społeczną inicjatywą, która pomogłaby w zmianie tej sytuacji. Jak zresztą pokazuje sama historia NFA, dzięki niezmożonej energii kilku zapaleńców (a raczej gwoli sprawiedliwości, jednego zapaleńca) tego typu inicjatywy oddolne nie tylko, że wywierają spory impakt społeczny, to w zasadzie jako jedyne mają szanse powodzenia. Jedną z takich potencjalnych inicjatyw może być np. idea podobna do tej jaka przyświecała powstaniu globalnej encyklopedii internetowej WIKIPEDIA. Założenie strony, którą mogliby edytować podłączający sie do niej internauci, pozwoliłoby na stworzenie nieodpłatnej, ogólnodostępnej bazy danych, w której pojawiałby się dorobek naukowy polskich naukowców. Ci naukowcy, którzy chcieliby umieścić tam swoje publikacje sami, mogliby to zrobić w ciągu kilku minut załączając np. tekstowy plik zawierający listę swoich naukowych artykułów. Dorobek naukowy tych, którzy z jakichś powodów go ukrywają, mogliby zamieszczać za nich (i co najważniejsze bez zgody samych zainteresowanych) inni z ich otoczenia. Oczywiście taka baza danych musiałaby mieć administratora, który dbałby o to aby umieszczane tam informacje ograniczały się tylko i wyłącznie do faktograficznie przedstawianego dorobku naukowego, a nie zawierały innych nieistotnych w temacie treści lub prywatnych dywagacji i ocen. Być może warto również zastanowić nad akcją promowania (np. w formie listów wysyłanych do uczelnianych dziekanatów i rektoratów) idei umieszczania naukowego dorobku profesorów na stronach internetowych uczelni. Takie inicjatywy mogłyby stać się inicjatorami szerszej akcji udostępniania dorobku naukowego polskiej społeczności akademickiej szerokiej rzeszy zainteresowanych. Na zakończenie chciałbym tylko dodać, że przedstawione tu propozycje są tylko swego rodzaju kanwą do szerszej dyskusji, która mam nadzieję zaowocuje dziesiątkami innych pomysłów na to jak zrobić aby naukowa transparencja stała się w Polsce normą. Do takiej dyskusji oraz mocy nowych pomysłów i inicjatyw w nadchodzącym roku 2006 serdecznie namawiam czytelników witryny NFA.

Marcin Brynda

System Trojana, czyli druga strona nauki polskiej

System Trojana, czyli druga strona nauki polskiej

2005-06-16

Józef Wieczorek

System Trojana, czyli druga strona nauki polskiej

O nauce polskiej należy pisać dobrze, albo wcale. Podobnie jak o zmarłych. Widocznie naukę polską traktuje się podobnie, i jest w tym sporo racji. Jej obecny stan to podobno skutek permanentnego ‚niedożywienia’ środkami finansowymi. Nie można temu zaprzeczyć. Ale jest też druga strona, nie mniej nieprzyjemna, odnosząca się do sfery moralnej. O tym można już pisać, ale tylko w kontekście pojedynczych przypadków, których jest jednak coraz więcej. Prowokuje to zatem do uogólnień, tak bardzo u nas nielubianych bo odsłaniających uwarunkowania systemowe.

Nie tak dawno środowisko akademickie ( i nie tylko akademickie) zostało zbulwersowane doniesieniami mediów, a w szczególności ‚Gazety Wyborczej’ (http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34471,2596673.html) o poczynaniach dr Jerzego Trojana – uważanego za wybitnego uczonego w zakresie badań nad rakiem.

Dr Jerzy Trojan pracujący od wielu lat we Francji ( INSERM) przez kilka ostatnich lat był także zatrudniony jako doktor w Collegium Medicum UJ ( Zakład Radioterapii Śródoperacyjnej i Chemioterapii kierowany przez prof. Tadeusza Popielę), a także był kierownikiem Katedry i Zakładu Genoterapii Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera w Bydgoszczy, jako profesor UMK w Toruniu.

Dr J. Trojan kierował w Polsce projektami badawczymi KBN nieźle finansowanymi jak na standardy polskie (300 tys). Jednocześnie aktywnie zdobywał spore kwoty za obietnice leczenia chorych na raka, którzy mimo uiszczania kilkunastu tysięcy umierali po krótkim czasie co było do przewidzenia. Zgodnie z obecnym stanem wiedzy medycznej byli nieuleczalnie chorzy i zabiegi medyczne dr J.Trojana nie były w stanie zapobiec ich zgonom.

Prace naukowe Dr J.Trojana są podobno wysoko oceniane, licznie cytowane, ale wysokie oceny prac i liczba cytowań nie przekładały się na skuteczność leczenia. Przekładały się co najwyżej na zasobność portfela Jerzego Trojana wyłudzającego pieniądze często od bardzo biednych ludzi.

Praktyki Jerzego Trojana, który podobno jest chory, przebywa za granicą i nie ma zamiaru wracać w najbliższym czasie do kraju, budzą poważne wątpliwości. Niektórzy uważają, że należy oddzielić jego wysoki poziom naukowy od poziomu etycznego. Jednakże bardziej zasadny jest pogląd, że oddzielanie nauki i etyki nie jest ani etyczne, ani naukowe.

Co wynika z baz danych

Jerzy Trojan w najważniejszych bazach ludzi nauki KBN figuruje jako dr hab. mimo że habilitacji nie ma, bo karierę robił nie u nas, tylko na Zachodzie. Widać, że nasze bazy danych o ludziach nauki nie są wiarygodne, tak jak i mało wiarygodna jest nauka polska. Jak niemal wszystko jest niejawne, a kontroli brak, skutki są takie jakie widać.

W osobliwym systemie nauki w Polsce najważniejsze w ocenie naukowców są stopnie i tytuły naukowe słabo skorelowane z dorobkiem naukowym, a czasami od niego niezależne. Stąd też niektórzy naukowcy dla dodania sobie powagi i autorytetu, no i zwiększenia siły przebicia, mają skłonności do posługiwania się tytułami, których nie posiadają. Gdyby ocena naukowców była merytoryczna, a nie tytularna, takie zabiegi nie miałyby racji bytu.

Obecnie polski doktor, choćby najlepszy, nie ma szans na zatrudnienie na stanowisku profesora jeśli nie ma habilitacji, więc wielu wybitnych naukowców profesorami w Polsce nie może zostać, a ci którzy z Polski wyjechali nie chcą wracać do kraju bo by zostali zdegradowani.

Jerzy Trojan nie został zdegradowany, bo się podawał za kogoś kim nie był, no i miał potężnych protektorów. Mimo, że J. Trojan w Collegium Medicum UJ , w zespole prof. T. Popieli, był tylko doktorem – kierował projektami badawczymi KBN.

Rzecz jednak ciekawa, że kierował projektami wtedy gdy prof. Popiela był przewodniczącym komisji przyznającej granty. To niemal standard w polskim systemie nauki wcale nie budzący wątpliwości natury etycznej, ale budzący nadzieje natury finansowej.

W pierwszej fazie istnienia KBN konkursy wygrywali na ogół członkowie komisji grantowych lub ich krewni i współpracownicy. Żeby uciąć ‚niegodne’ pomówienia o korupcyjność takich metod członkowie komisji na czas głosowania nad swoim projektem wychodzili za drzwi, a dopiero po powrocie na salę dowiadywali się, że wygrali. I tak rozwiązywano problem etyki utylitarnej. Opłacało się wychodzić, żeby po powrocie dołączyć do ‚najlepszych z najlepszych’.

System ten działał u nas sprawnie, chociaż jak zwykle były wyjątki, które potwierdzały regułę. Po protestach ‚niekompetentnych nieudaczników’ , którym nie udawało się wygrywać konkursów wprowadzono jednak ograniczenia i członkowie komisji konkursów wygrywać już nie mogli. Ale – Polak potrafi ! Przecież można wystawić do konkursu ‚konia ze stadniny’ członka komisji. Będzie zgodnie z prawem i z interesami członków komisji.

W przypadku J. Trojana sprawa chyba była jasna. Prof. Popiela nie mógłby wygrać projektu, bo był przewodniczącym, więc na kierownika projektu wystawiano dr J. Trojana, zatrudnionego u Prof. T. Popieli, który oczywiście konkurs wygrał.(http://www.kbn.gov.pl/finauki98/PBZ/lista_projektow.html) Pierwszy grant kierowany przez Jerzego Trojana ( wg bazy http://www.nauka-polska.pl/ Pooperacyjna terapia geno-komórkowa raka okrężnicy i pierwotnego raka wątroby przy zastosowaniu technik antysensu i trypleksu anty-IGF-I – wykonany w okresie 01.03.2001- 31.12.2003) był wysoko oceniony w KBN, ale trzeba pamiętać, że granty oceniają sami swoi i nikt niezależny ocenić tego nie może.

Wyniki grantów na ogół nie są jawne i tej niejawności KBN bronił niczym niepodległosci ! Z pojawiających się niekiedy w bazach danych rezultatów grantów jasno wynika, że przynajmniej część publikacji zostało przygotowanych wcześniej nim grant się zaczął ( tak było i w przypadku grantu J. Trojana). Skoro jakieś wyniki w postaci publikacji już były, więc przy dobrych układach można było wygrać grant na sfinansowanie tego co już zostało zrobione, z jakimś nowym dodatkiem w postaci ‚listka figowego’.

Koń trojański, czy standard w nauce polskiej ?

Przypadek dr J.Trojana bardzo dobrze odsłania słabości systemu nauki polskiej. Można go porównać do roli konia trojańskiego, który obnaża mankamenty systemów komputerowych dokonując spustoszenia w zainfekowanych komputerach podłączonych do internetu. Jeśli koń trojański przedostanie się do systemu komputerowego staramy się go jak najszybciej pozbyć. Ale tak się nie dzieje w systemie nauki polskiej.

O nieetycznych praktykach dr J.Trojana wiedziano od kilku lat i nic się nie działo – nie było żadnych działań zmierzających do usunięcia ‚konia trojańskiego’. Dopiero nagłośnienie sprawy przez media zmusiły władze akademickie do zajęcia się tym problemem. System nauki w Polsce samodzielnie nie reaguje na nieetyczne praktyki, mimo że mamy ‚Dobre Obyczaje w Nauce’ (http://www.us.edu.pl/uniwersytet/obyczaje/), zasady ‚Dobrej Praktyki Naukowej’http://www.kbn.gov.pl/etyka/praktyka.html na straży przestrzegania których stoją ogólnopolskie ciała etyczne m.in. Zespół do Spraw Etyki w Nauce MNiI (http://www.mnii.gov.pl/mnii/index.jsp?place=Menu08&news_cat_id=453&layout=2).

Niektóre uczelnie mają swoje własne kodeksy etyczne, komisje etyczne czy dyscyplinarne. Dodatkowo na uczelni, na której zatrudniony był J. Trojan opracowano Akademicki Kodeks Wartościhttp://www.uj.edu.pl/uniwersytet/wladze/kodeks.pdf do lojalnej akceptacji przez jej pracowników a Konferencja najbardziej szacownych Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) w ubiegłym roku ogłosiła walkę z patologiami http://www.krasp.org.pl/dok/dok/uchwala58.html 

Niestety w praktyce nie wygląda to najlepiej. Liczne afery uczelniane, z których tylko niektóre są ujawniane w mediach, nie budzą większego zainteresowania ani komisji etycznych, ani rektorów. Zdarza się, wcale nie tak rzadko, że i rektorzy są zamieszani w afery a mimo to pełnią funkcje rektorskie bez przeszkód i nadal są wybierani na kolejne kadencje. Natomiast ujawniający afery są obiektem ataków ze strony rzekomo walczących z patologiami decydentów nauki polskiej. Taki jest bowiem system nauki polskiej- przyjazny nieuczciwym, nieprzyjazny – uczciwym.

Trudno się oprzeć porównaniom sfery nauki do świata polityki. Afery z udziałem polityków, ich tajemnicze powiązania, ujawniane są często przez media a politycy nie cieszą się zaufaniem społecznym. Liczba ujawnianych afer, powiązań, rośnie wraz ze zbliżającymi się wyborami bo opozycja chce zająć miejsce dotychczasowych aferzystów i przejąć pałeczkę. Na ogół ją przejmuje wraz z nowymi aferami. Liczący się politycy posiadają jednak immunitet, który pozwala im uniknąć wielu przykrości mimo łamania prawa, ale trzeba pamiętać, że immunitet nie jest dożywotni.

Inaczej jest w środowisku akademickim posiadającym wielką autonomię, o której dalsze poszerzenie rektorzy walczą heroicznie. Nie bez przyczyny – im wyższa pozycja w hierarchii tym większa autonomia, a przy tym w praktyce dożywotnia. Opozycji akademickiej nie ma, a jak kto przekręt ujawni to zniknie ze środowiska. W przeciwieństwie do polityków rektorzy mają zaufanie społeczne i media rzadko ujawniają ich niegodne poczynania, więc nie zanosi się aby kryzys moralny środowiska akademickiego miał się ku końcowi, choć dla społeczeństwa nie jest mniej szkodliwy od kryzysu świata polityków.

Dr Trojan mutacją dr Elefanta ?

Kilka lat temu Paweł Huelle w książce ‚Mercedes -benz’, (wyd. Znak) opisał przypadek Dr Elefanta – wybitnego przestawiciela świata medycznego, który nieludzko zdzierał od chorych za swoje uslugi i był świetnie ubezpieczony na wszelkie okoliczności jako jednoczesny filantrop. Najlepiej to ilustruje fragment: ‚ludzie w rodzaju doktora Elefanta są w niej powszechnie szanowani, podaje im się rękę, gratuluje habilitacji, składa imieninowe życzenia, przesyła listy pełne szacunku, przydziela rektorskie nagrody, a wszystko to mimo powszechnej znajomości jego metod.- Mam nadzieję., że piekło go pochłonie – piekło – zaśmiała się z niedowierzaniem – tacy jak on są ubezpieczeni na wszystkie sposoby, czy pan wie, że doktor Elefant co dziesiątą operację wykonuje za darmo i nazywa to funduszem świętego Antoniego.

Opis nieetycznych działań dr Elefanta był tak sugestywny, że wzbudził zainteresowanie nawet prokuratury. Ta jednak wkrótce dała za wygraną, bo opis mógł się odnosić nie do konkretnego medyka, lecz do wielu o podobnych parametrach. Zdawano sobie sprawę z rozmiarów patologii ! ale nie podjęto działań na rzecz zmiany systemu, który by takie przypadki eliminował. Nie potrzeba było czekać wielu lat aby został zidentyfikowany już konkretny i opisany z imienia i nazwiska przypadek, który będzie można pełniej rozpoznać, zbadać i ewentualnie usunąć. Ale przecież nawet ewentualne usunięcie pojedynczego ‚wirusa’ nie spowoduje naprawy nauki polskiej !

Nauka w Polsce jest zawirusowana

Mamy coraz więcej użytkowników komputerów i internetu stąd może porównanie ze światem komputerów łatwiej wyjaśni problemy nauki polskiej, o której można mówić, że jest zawirusowana. Użytkownicy komputerów podłączonych do sieci internetowych wiedzą, że z wirusami trzeba walczyć – najlepiej systemowo. Systemy Windows 95 i 98 nie mają dobrych zabezpieczeń i łatwo je zawirusować, konie trojańskie łatwo wnikają do systemu.

Aby usunąć trojana, należy sprawdzić system przy pomocy uaktualnionego programu antywirusowego a następnie skasować wszystkie wykryte przez aplikację kopie. To sposób czasochłonny, wymagający pewnej znajmości rzeczy. Stosowanie tych systemów, bez dodatkowych instalacji, grozi narażeniem zasobów komputera na straty, a czasem na unieruchomienie systemu w wyniku ataku wirusów. Natomiast nowszy system – Windows XP ma zaporę ogniową (firewall), która ogranicza ataki z zewnątrz. System jest bardziej stabilny, bardziej odporny na zawirusowanie. Za jeszcze lepszy uważany jest system Linuxa, ale ten jest przeznaczony dla bardziej sprawnych informatycznie.

Można ocenić, że nauka polska jest raczej na poziomie systemu Windows 95 czy 98, w praktyce niemal bezbronna przed atakami coraz to nowych ‚wirusów’. Nie ma zapory ogniowej, która by spełniała rolę anioła stróża. Zainstalowane w nauce polskiej ‚programy antywirusowe’ w postaci zasad i kodeksów etycznych nie są skuteczne, gdyż wielu ‚wirusów’ nie są w stanie rozpoznać, a tym bardziej zliwidować. Zbombardowane wirusami komputery nie zawsze da się ponownie uruchomić – trzeba je oddawać do serwisu.

Do naprawy nauki polskiej do tej pory nie uruchomiono skutecznych serwisów. Komisje etyczne takimi serwisami nie są. Rzadko są skłonne do działań mających na celu rozpoznanie ‚wirusa’, nie mówiąc już o jego unieszkodliwieniu. Trzeba by zmienić system, tak aby nauka w Polsce była bardziej efektywna.

Na szybkie wprowadzenie systemu anglosaskiego w nauce nie jesteśmy jeszcze przygotowani – przynajmniej mentalnie, ale przestawienie się na system proponowany przez Komisję Europejską w ostatnio opracowanej Europejskiej Karcie Naukowca (http://europa.eu.int/eracareers/pdf/C(2005)576%20PL.pdf) byłoby już sporym krokiem w dobrym kierunku. Ta Karta wprowadza wiele rozwiązań systemowych, które winny skutkować ograniczeniem patologii. Są to m.in.: otwartość konkursów na obsadzanie etatów akademickich, jawność dorobku naukowego, mobilność kadr akademickich, rozwiązywanie problemów za pomocą mediatora akademickiego.

To trochę tak jakby nam zalecano przestawienie się z Systemu Windows 98 na Windows XP. Powinniśmy się tak przestawić, aby nie pozostać na peryferiach unijnych.

Józef Wieczorek

Tekst nie mógł się ukazać na ‚papierze’ m.in. w Forum Akademickim ale ukazał się bez cenzury w tygodniku Najwyższy Czas nr. 29-30, z datą 16-23 lipca 2005 r.)

 

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.